Odeszła Gerdunia... 17.08.2006

26 maja 2006 skończyła rok. Do tej pory pamiętamy, jaka była Nasza radość, że dzięki Państwa pomocy mała doczekała swoich pierwszych urodzin. Była beztroskim źrebakiem, bardzo subtelnym, nieśmiałym i delikatnym. Była koniem niezwykłym, który zapada w serce bardzo głęboko. Wyrwana śmierci po nagłym oderwaniu od matki długo szukała swojego miejsca w stadzie. I chyba nigdy go nie znalazła.. nie zdążyła. Pamiętamy sytuacje, kiedy w piękny słoneczny dzień szliśmy na padok wraz z Gerdą - wesoło pląsała po zielonych, soczystych trawach nie mogąc się doczekać, aż wraz z innymi końmi zacznie brykać. Kiedy jednak pełna nadziei wesoło podbiegała do stada, nie znajdywała w nim akceptacji. Z reguły zostawała sama, lub była wyganiana. Potulnie uciekała - nigdy nie protestowała. Choć zdawała się nie rozumieć. W jej oczach nie było pretensji, żalu, agresji - był ogromny smutek. Wtedy szła do ludzi, patrzyła na Nas tymi wielkimi, wymownymi oczyma i wiedzieliśmy - ona chce po prostu być, prosi, aby mogła zostać, aby jej nie odtrącać, nie chciała zawadzać. Stała cichutko, nie absorbując nikogo, czasem kryła się w cieniu jakiegoś drzewa i skubała trawę. Zawsze sama, zawsze na uboczu, w swoim srebrnym kantarku podarowanym przez Allegrowiczke, której serce podbiła od razu. W swoim króciutkim życiu podbiła jednak setki serc. Nawet potem, kiedy Nasze stado rosło - Gerda pozostała pierwszym uratowanym koniem (po Sorbonie), Naszym oczkiem w głowie, była tą, którą chcieliśmy rozpieszczać na wszystkie sposoby, chronić i bronić. Była jednocześnie tym koniem, którego stado zawsze będzie eliminować - jako najsłabszego. Baliśmy się, że nigdy się nie zaaklimatyzuje - a przecież Ona się garnęła, potrzebowała.
Do samego końca próbowała, na widok koni robiła się już w pewnym momencie spięta, ale w jej źrebięcych przerażonych oczach widać było nutkę zuchwałości - mimo drobnej budowy, mimo iż była nadzwyczaj delikatna, mimo, iż wiele razy mieliśmy wrażenie, ze wystarczy większy podmuch wiatru, aby ją zdmuchnąć, zrobić jej krzywdę, połamać ją.. mimo tego, ona zawsze chciała mieć swoje stado i do końca o nim marzyła, do końca próbowała i walczyła o akceptacje, świdrując oczami. Pamiętamy dzień, kiedy poszliśmy na padok który tuż za starą stajnią dla ogierów - Gerda miała tam zaaklimatyzować w innym, mniejszym stadzie. Kiedy szliśmy po porannej rosie, czuliśmy, jak z nieba cieknie ciepły deszcz, a drzewa smaga chłodny zefirek. Z daleka już widzieliśmy drewnianą wiatę, pod którą skryły się wszystkie konie. Jak okiem byliśmy w stanie sięgnąć - Gerdy nigdzie indziej nie było. 4 hektary tonęły w coraz silniejszym deszczu - a nasza radość powoli narastała. Przecież jeśli nie ma jej na padoku, najpewniej stoi pod wiatą, ze swoim nowym stadem. Ma w końcu to, czego tak bardzo szukała, za czym tak bardzo tęskniła, do czego lgnęła niezrażona. Gerda, odrzucana, nieustannie sama - wreszcie znalazła swoje miejsce. Podeszliśmy bliżej. Gerdy nie było widać. Konie kłębiły się, wtulone w siebie, deszcz dudnił o drewniany dach, w koło panowała cisza. Mimo ogromnego wysiłku i wytężania wzroku - nigdzie nie mogliśmy dostrzec 3 białych skarpetek, i tych wielkich oczu. Nerwowo już zaczęliśmy liczyć konie. jednego brakowało - Gerdy nie było. na padoku rozbijał się jedynie deszcz, coraz agresywniej targając drzewa. Nie było słychać ani rżenia, ani stukotu kopyt - nic. Cisza. Obeszliśmy wkoło wiatę. Kiedy skręciliśmy za róg - pociekły Nam łzy. Jednocześnie. Nikt nie komentował, nikomu nic nie przeszło przez gardło. Pod wysuniętym kawałkiem drewna, cała przemoknięta, wpatrzona w szalejący deszcz tymi wielkimi oczami - stała Ona. Wystraszona, smutna, bezbronna. Zmarznięta. Odrzucona. Dzielnie to zniosła, w jej oczach znowu nie było żalu - były tylko łzy, choć niektórzy mówili, że to deszcz ociekający z jej mokrych powiek. Zabraliśmy ją. Ulegle, bez oporu, ze spuszczoną głową poszła za Nami. Nigdy więcej nie próbowaliśmy dołączać jej do stada. Doszliśmy do wniosku, że może jej czas nadejdzie, a być może nie. Przecież wśród ludzi jest tak samo.. może była zbyt niezwykła ? Wiele późniejszych dni spędziła samotnie lub w Naszym towarzystwie. Często chodziła z Nami na spacery do lasu albo do wsi - na swoją kruchość wykazywała się ogromną odwagą. Choć trzęsła się mijając traktory, latarnie czy wielkie, szeleszczące worki - dzielnie szła dalej. Jakby chciała nadrobić wszystko, jakby chciała powiedzieć - nie jestem wcale słaba, nie jestem wybrakowana, nie musicie mnie eliminować, będę dzielna, dam sobie rade, patrzcie! wcale się nie boje.. ! I tylko my wiemy, jak bardzo się bała, jak wielkie oczy stawały się jeszcze większe.. jak szybko Nas doganiała i chowała się za Naszymi plecami, jak głowę opierała o Nasze biodra i na te jedna chwile jej oczy napełniały się spokojem i ufnością.
W jej samotnym życiu nagle pojawiło się światełko - Ruter. Scenariusz Rutera był bardzo podobny - po operacji przykurczu ścięgna musiał wiele miesięcy spędzić samotnie w boksie. Gerda była osłodą jego codzienności. Kiedy stanęła w boksie obok, świat się zmienił - dla nich obojga. Mieli siebie - dwa niezwykłe konie, które połączyło to samo - nie mogły znaleźć swojego miejsca. Kiedy Gerda chodziła sama na padok, Ruter nerwowo uderzał nogą o drzwi boksu głośno rżąc. Gerda wtórowała mu rżeniem - to dla niego rozpędziła się i wbiegła w żerdzie padoku, powalając go. Wiele dni zastanawialiśmy się, jak tak krucha i delikatna istota mogła powalić coś tak mocnego - nigdy do tego nie doszliśmy. Nie było wyjścia, konie musiały wszędzie chodzić razem. Kiedy zabrakło jednego, drugie robiło się nerwowe, w panice biegało po boksie, kwiczało.. nie chciało ani jeść ani pić. Gerda i Ruter od tamtej pory stali się sobie najbliżsi - byli nierozłączni. Wszędzie razem, dwa koniki, którym nie dane było wyrosnąć, które choć małe ciałem - były wielkie duchem. Szły wtulone w siebie, zawsze jadły razem, kiedy jedno przestawało, drugie również. Co rano witał Nas poruszający widok, jak oparte o siebie, z przymrużonymi oczami śniły o smacznej trawie, czasem potrząsając delikatnie grzywą- tak, aby nie obudzić drugiego. Poszłyby za sobą w ogień. I nie wiele brakowało..
Obydwa konie były jednak niezmiennie odrzucane - ale teraz smuciły się już razem, wspierały w trudnych chwilach, były dla siebie towarzyszami od rana do nocy, zajmowały wspólny, ogromny boks. Ich problem z adaptacją stały się tym, co sprawiało, że były nierozłączne. Jednak koń to zwierze stadne, z ich wielkich oczu nigdy nie zniknęła tęsknota za życiem w grupie. Obydwa z każdym dniem popadały w coraz większą depresję. Marniały z dnia na dzień. próbowaliśmy wszystkiego - jednak żadne pasze, farmaceutyki - nie dawały efektu. W pewnym momencie doszło do tego, że były atakowane przez stado bez zadnego powodu. Wtedy zaczęły zaszywać się na osobnym, pobliskim padoku, do którego miały wąskie przejście. Tam kryły się za wiatą przed całym światem, z całą swoją kruchością i delikatnością, i w spokoju, otoczone swoim światem, skubały trawę. Ile razy przychodziliśmy na padok, łzy cisnęły się same. Poruszała ogromna miłość, jaką konie siebie obdarzyły. Ich coraz bardziej kościste zady zawsze przytulone do siebie - i nie polepszało się, mimo wielu badań, mimo ruchu, mimo soczystej trawy. Wtedy zrozumieliśmy - one cierpią, bo cierpi ich dusza. Nie poradzimy nic szukając metod w medycynie. Gdy wiec już nic nie pomagało, zdecydowaliśmy się na krok jedyny, jaki pozostał - zmiana stajni. Nieco ponad tydzień temu Gerda i Ruter wsiedli (oczywiście, zrobili to jednocześnie, bojąc się rozdzielenia..) dzielnie do przyczepy. Nie zarżeli na pożegnanie. Nie oglądali się za siebie. Jakby nie był to ich świat, świat, za którym mieliby tęsknić. Dwa małe źrebaki jechały wtulone w siebie na przywitanie nowego życia - życia, które miało je rozłączyć. Ale kto mógł przypuszczać.. Do tej pory, kiedy przywołujemy obraz oddalającej się bookmany - widzimy te dwie pochylone, nieforemne główki, te kruche konie, które wytrzymały tak wiele, które odnalazły się, aby razem walczyć.. wtedy w Naszych oczach płynęły łzy szczęścia. Nowa, kameralna stajnia, przesympatyczni ludzie, mniej koni, inne źrebaki. To miała być ich szansa. Aby były szczęśliwe, aby odnalazły swoje stado - bo przecież po to właśnie istniejemy.
Teraz, gdybyśmy wiedzieli, jak potoczą się ich losy, zawrócilibyśmy bookmane.
Kolonia Grędzina, stajnia Goat Horn między Oławą a Jelczem Laskowicami, położona niemalże przy lesie. Po tym, jak źrebaki stanęły w boksie - udzieliliśmy dokładnych wskazówek co do ich żywienia. Gerdunia, ze swoją tendencją do kolkowania, była szczególnie delikatna. Żadnych jabłek, żadnych dużych ilości nowej paszy (bo nowa do nowego rodzaju owsa trzeba konia przyzwyczajając stopniowo..), żadnej świeżej trawy w nieograniczonych ilościach, żadnych eksperymentów - udzieliliśmy na odjezdne bardzo dokładnych wskazań. Kazaliśmy wzywać weterynarza pod każdym pretekstem. Właścicielka, kiwając głową i zapewniając, ze wszystko rozumie i będzie się stosować, odprowadziła nas do bramy. Raz jeszcze obejrzeliśmy się na 2 wtulone w siebie maluchy, które zajęły jeden duży boks - bo nie można ich było rozdzielić. Po kilku dniach wizyta u maluchów w Grędzinie - wszystko jest w pożądku. Mieliśmy nadzieje, ze ich los się odwróci, że wszystko się zmieni. Mieliśmy racje - dziś jest inaczej..
Minęło 7 dni. Wtorek, godzina 09:30. Jesteśmy w Krakowie zobaczyć konie do hipoterapii, które miały pracować z dziećmi. Odbieramy telefon w aucie. Grędzina. Gerda leży, nie może wstać, ma opuchnięte powieki, cała się trzęsie, rzuca. Właścicielka coś mamrocze do słuchawki, ciężko się z nią rozmawia. Mówi, ze jest sama, ze nie wie co robić, żebyśmy natychmiast przyjeżdżali, bo Gerda umiera. Zmroziło Nas - przecież to nie możliwe.. nie Gerda.. pewnie ma kolke.. nie pierwszy raz. Wystarczy weterynarz, będzie dobrze.. musi być dobrze.. zawsze było dobrze.. godzina, i Gerda znowu wtulała się w Rutera, nadstawiała chrapy do głaskania. Tym razem już nie nadstawiła chrap. Nie dojedziemy na czas, to minimum 3 godziny drogi, a pomoc potrzebna już teraz. Potrzebne leki, nie nasze głaskanie. Pędem telefony - szukamy weterynarza, który może być najszybciej. Gdzieś w głowie pojawia się znak zapytania - dlaczego nikt do nas wcześniej nie zadzwonił? Ale nie ma czasu myśleć.. szukamy, wreszcie znajdujemy. Za godzinę powinien tam ktoś być. Nagle dzwonek, znowu Gredzina. Właścicielka stajni histeryzuje do telefonu - Gerda toczy pianę z pyska, kończyny ma zesztywniałe, opuchnięte.. brzuszek wzdęty.. chyba nie oddycha.. słyszymy niewyraźne "chyba zdechła". Czujemy, jak zły nam ciekną po policzkach.. przecież to niemożliwe.. nie nasza Gerda. Nic jeszcze do nas nie dociera. Siedzimy w osłupieniu, przed Nami rozciąga się długa asfaltowa droga otoczona wirującymi drzewami. Nic nie mówimy, dociera do Nas to, co się dzieje, co już się stało.. odwołujemy weterynarza. Mówimy, że może być później, że już nic nie pomoże.. żeby ratował żywych. Mówimy, ze potem zadzwonimy. Siedzimy tak dobrą godzinę. Nikt nic nie mówi - brak słów.. trudno coś wydusić przez łzy. Wszyscy czuliśmy, jak w sercu rozdziera się jakaś potężna dziura.. I Ruter - kolejna myśl. Co z nim będzie.. Właścicielka niewiele Nam powiedziała - tylko tyle, że jej przykro, ze zrobiła, co w jej mocy, że przykro.. że jeszcze bardziej przykro.. Kiedy minęły pierwsze emocje, zaczęły się pojawiać pytania. Dlaczego nie było weterynarza na miejscu ? Przecież mówiliśmy, ze koń ma tendencje, ze trzeba uważać, żeby wzywać bez wahania, że pieniądze to Nasze zmartwienie. Przecież właściciel hotelu ma ZAWSZE obowiązek NATYCHMIAST informować właściciela konia, jeśli cokolwiek złego się z koniem dzieje. To właściciel decyduje co robić.. Nam nikt nie dał takiej szansy. Właścicielka stajni zdecydowała za nas. Pytania pojawiały się jedno za drugim.. odpowiedzi zaczęły się wkrótce pojawiać wraz z Nimi. Pani Kasia zapytana w pierwszej rozmowie od kiedy coś się dzieje, beztrosko odparła, że koń był niewyraźny już poprzedniego wieczoru, kręcił się, był smętny, pokładał się - widać było, że coś się dzieje. Ale nie uznała za stosowne powiadamianie Nas o tym fakcie - postanowiła sama wyleczyć konia, chociaż mogła prosto wywnioskować, ze skoro koń ma tendencje do kolki, a jest w nowym miejscu - najpewniej ma miejsce właśnie "wstęp do dramatu". Gerda dostała to, co tylko tylko przyspieszyło jej śmierć - właścicielka stajni wspomogła ją dawką meszu - na "poprawienie trawienia". Przynajmniej taki cel podejrzewamy.. choć trudno nam uwierzyć, aby wiedza osoby posiadającej własną stajnie była tak ograniczona. Wspomożona dawką kolejnego posiłku, Gerda została zostawiona sama sobie.
Gerda nie była koniem w dobrej kondycji, problemy z aklimatyzacją, depresja, nawracające wzdęcia - miały znaczący wpływ na jej stan zdrowia. W stajni do której przenieśliśmy Gerdę i Rutera była mniejsza stawka koni, również źrebaki - mieliśmy nadzieje, że Gerda i Ruter zostaną przyjęte do stada, a nie odrzucone jak przez konie fundacji. Wierzyliśmy, że ta zmiana pozwoli Gerdzie na dojście do siebie. Gerda wymagała szczególnej opieki i zwracania uwagi na jej zmiany w zachowaniu. Teraz Gerda nie żyje...
Jakie są fakty:
1. Koń nie żyje.
2. Sekcja zwłok przeprowadzona na AR we Wrocławiu wykazała: skręt jelita cienkiego, pęknięcie żołądka (wynikiem czego były kolejno: wstrząs -> niewydolność krążenia -> zapaść -> śmierć).
3. Pęknięcie żołądka było wynikiem długotrwałej kolki.
4. Właścicielka stajni zadzwoniła do nas w godzinach przed południowych (10.45) z informacją że koń leży i trzeba wezwać weterynarza, twierdząc jednocześnie, że koń był normalnie karmiony rano oraz, że poprzedniego dnia Gerda dostała mesz, ponieważ była smutna, pokładała się (później się z tego wycofała). Lekarz, który wykonał sekcje twierdzi, że bardzo nasilone objawy musiały być widoczne poprzedniego dnia.
5. 15 minut po pierwszym telefonie - otrzymujemy informacje, że koń już nie żyje - jest ok. godziny 11 wczorajszego dnia. Sekcja wykazała, że koń padł w nocy lub w bardzo wczesnych godzinach porannych.
6. Po kilku godzinach właścicielka stajni przysyła nam sms-a: "najpierw Gerda, potem Ruter, inna kolejność nie wchodzi w gre! A poza tym pisemne oświadczenie, że nie będzie żadnych pretensji z Twojej strony, albo sekcja. I nie zapomnij o kasie-140 zł, rośnie o 10 zł za każdy kolejny dzień."
Nie mieliśmy zamiaru wykonywać sekcji - ponieważ nie wróciło by to życia Gerdzie, a wiązało się z dodatkowymi kosztami. Chcieliśmy jak najszybciej zabrać Rutera i wezwać firmę zabierającą padłe zwierzęta. Właścicielka zażądała natychmiastowego zabrania konia, grożąc nie wydaniem drugiego, jeśli Gerda nie pojedzie pierwsza. Ponieważ właścicielka stajni powiedziała, że koń padł z naszej winy, zaczęła nas szantażować nie wydaniem Rutera, jeśli nie podpiszemy oświadczenia -ostatecznie zdecydowaliśmy się na sekcje. Właścicielka twierdziła, że koń padł bo był zarobaczny. Sekcja wykazała, że koń nie miał robaczycy, w jego przewodzie pokarmowym nie było pasożytów. Przyczyną śmierci była nie leczona kolka i jej następstwa.
W tej chwili czekamy na protokół sekcji - który ma być gotowy w ciągu 7 dni. Właścicielka została poinformowana, że o przyczynie zgonu konia, chcemy otrzymać zwrot kosztów związanych z transportem, sekcją i utylizacją Gerdy. Nie przywróci to Gerdzie życia, ale być może jeśli właścicielka poniesie koszty, następnym razem gdy koń będzie się niespokojnie zachowywał - poinformuje właściciela konia, że coś się dzieje, a nie bagatelizując sprawę - skaże go na konanie w niewyobrażalnych męczarniach.
Właścicielka stajni mimo ewidentnych objawów kolkowych, nie zadzwoniła poinformować nas o sytuacji. Gdyby wieczorem, kiedy koń zaczął być niespokojny przyjechał do niej weterynarz - zwierzę najprawdopodobniej by żyło. Właścicielka bagatelizując objawy - podała koniowi kolejną porcje paszy - czego absolutnie nie wolno robić przy kolce. Nie zadzwoniła również po porannej wizycie w stajni - kiedy konie są karmione. Zadzwoniła w godzinach przedpołudniowych twierdząc, że koń leży i kolkuje. Wg sekcji - koń już wtedy nie żył...
Ruter został zabrany już z tej "stajni". Wrócił do Chwalimierza... wrócił sam i szuka wciąż swojej Gerdy.