FUNDACJA CENTAURUS - RATUJE KONIE ! konie do adopcji, pomagaj koniom, konie, koń, opp.

Włoski Niemiecki Francuski Angielski

AKTUALNOSCI
O NAS
JAK POMÓC
AUKCJE ALLEGRO
POLECAMY
GALERIA
KONTAKT


POMÓŻ:







Numer konta:
Fundacja Centaurus
PKO BP
151020 5226 0000
6002 0220 0350


Dla wpłat z zagranicy:
BPKO PL PW PKO BP SA

Borelowskiego 53/2 51-678 Wrocław

151020 5226 0000 6002 0220 0350

konie


Fundacja Centaurus
Regon: 020319750
NIP: 8982093147
KRS: 0000257551




konie
Nasi przyjaciele:

                               konie           


konie




konie
.


Kontakt: tel:
0 692 74 16 07
0 668 584 660

 

Dzieki Wam w niespelna dwa lata podarowaliśmy życie prawie 60 koniom i podarowaliśmy cudownych końskich przyjaciół wielu rodzinom adopcyjnym.

Jeśli chcesz przekazać Naszej Fundacji 1 % swojego podatku i pomóc Nam realizować Nasze cele, pamietaj że w tym roku obowiązuje nowy sposob przekazywania podatku.

Wystarczy, że w swoim zeznaniu podatkowym wpiszesz Fundacje Centaurus i jej numer KRS 0000257551 by Urząd Skarbowy przekazał 1% Twojego podatku na rzecz ratowania koni.

 

Pomoż pomagać - wyślij sms!

Wyślij smsa o treści ISR.KONIE
(wielkość liter nie ma znaczenia)
i ratuj konie:
Numer: 72880 ( koszt 2,44 zł z VATem)
Numer: 75880 ( koszt 6,10 zł z VATem)
Numer: 79880 ( koszt 10,98 zł z VATem)





KUCYKOWE MARZENIE

"Szukamy konia do adopcji, najlepiej dwóch. I najlepiej aby przyjaciel podwórka byl kucykiem, bo mam dwóch synków którzy są niepełnosprawni, i kucyki najbardziej lubią." Nasza fundacja nigdy nie zajmowała sie takimi tematami. Staramy sie co prawda pomagać jak tylko możemy, już nie tylko ratujemy konie, ale chcemy, aby nasze ratowane konie ratowały dzieciaki. I tak tez działamy. Decyzja była wiec szybka, jeśli tylko znajdzie sie kucyk, odezwiemy sie i przekażemy w adopcje. Kwestia może pól roku, może roku, może dwóch lat. Telefon do Mamy chłopców. Chwila rozmowy. I po chwili już wiedzieliśmy, ze nie mamy tyle czasu.

Czaruś i Michaś. Bracia. 10 i 16 lat. W sumie nieco ponad 20 kg wagi. Wózek inwalidzki i bliżej nieokreślona choroba neurodegeneracyjna, deformacje układu kostno-stawowego. Pogłębiające sie problemy z oddychaniem, liczne hospitalizacje. Patrzymy na szereg zaświadczeń lekarskich. Patrzymy na zdjęcia przesłane poczta elektroniczna. Uśmiecha sie z nich dwóch chłopców, ktoś z tylu podtrzymuje jednemu rękę. Sam już jej nie utrzyma.

Bracia cierpią na niezdiagnozowana chorobę. Mimo licznych badan i poszukiwań, nie znaleziono lekarstwa. Marzeniem chłopców jest własny kucyk, przyjaciel podwórka. Bo zwierze nie patrzy na Ciebie nigdy jak na "innego". Bo zwierze nie ocenia. Można patrzeć godzinami, można głaskać, można dać marchewkę. Czasem zwierze sie przytuli. Czasem coś powie. I znowu można patrzeć. I życie staje sie weselsze, zapomina sie o świecie. Może potem kucyk przewiezie bryczka.. a tata będzie powoził.

Takich dziecięcych marzeń jest mnóstwo. Jak świat długi i szeroki.

W całym naszym pedzie stańmy na chwile. My stanęliśmy. W trakcie działalności borykamy sie z potężnymi problemami. Finansowymi i relacjami z ludźmi. Przynajmniej tak sie do tej pory wydawało. Dziś - jest nam wstyd. Jesteśmy młodzi, zdrowi. Możemy wszystko.

DZIEN DZIECKA

Odłożyliśmy wszystko. Za moment 1 czerwca, Dzień Dziecka. A gdyby tak w dzień dziecka przyjechać z dwoma kucykami i piękną odnowiona bryczka przewieźć chłopców po podwórku, a potem do lasu. Gdyby tak w ten dzień przywieźć od razu aparaturę niezbędną do oddychania (prawie 5000 zl). Potem myślimy, ze jak nie w tym roku, to może za rok sie uda. Dzień dziecka niestety tuz tuz. Przykra świadomość przychodzi po chwili. Nie wiemy jak szybko będzie postępować choroba chłopców. Przeglądamy dokumentacje lekarska raz jeszcze.

Zatrzymujemy sie na fragmencie, ze braci było czterech. Już teraz wiemy, ze Kamil i Przemek odeszli w wieku czternastu lat. Te same objawy, brak diagnozy. Już na nic nie czekamy, odkładamy wszystko inne. Imprezy, akcje, telefony, własne sprawy.

"Chłopcy mimo swojej choroby pragną żyć i cieszyć się nim wraz ze swoim przyjacielem podwórka. Chcą mieć coś takiego jak druga mama która będzie przyjaciółką ich i całego ich życia" - tak napisała nam Pani Renata, mama chłopców.

BRYCZKA I STAJENKA

Prosimy Was o pomoc! Potrzebne sa tylko nie tylko fundusze na kupno dwóch kucyków tj około 1500- 2000 zl na jednego (ewentualnie koniki polskie, huculski) oraz koszt transportu koni, ale muszą to byc konie które juz chodzą w bryczce, są bardzo spokojne i oswojone z dziećmi, najlepiej po hipoterapii. Potrzebni są również wolontariusze do wykończenia stajenki i bryczki, materiały do tych prac, a także sponsorzy na aparaturę dla chłopców (do sprawdzania poziomu tlenu w organizmie oraz drugi aparat do wyrównywania poziomu tlenu). Dodatkowo pilnie poszukiwany sponsor na pomoc w utrzymaniu koników. Kucyki naprawdę wiele nie potrzebują, ale rodzina nie należy do zamożnych. Może po prostu ktoś podaruje kucyka.. a ktoś kilka worków owsa, snopek siana i malutka uprząż. Może ktoś zobowiąże sie do robienia kopytek kucykom.

Rodzice najbardziej marzą, aby ktoś zdiagnozował chorobę. Tego zrobić nie możemy. Mimo wielu badan w ośrodkach krajowych i zagranicznych, choroba pozostała nieznana. Ale możemy podarować choć te ulotne rzeczy. To tak niewiele. A warte jest uśmiech tego delikatnego życia.

AKCJA "KARTKA URODZINOWA Z KUCYKIEM"

Dodatkowo dnia 19 maja i 25 maja chłopcy obchodzą urodziny. Akcja "Kartka urodzinowa z kucykiem" ma być dodatkowa niespodzianka dla chłopców. Kartka to paręnaście groszy, a tyle dziecięcej radości. Prosimy o przesyłanie kartek na adres Fundacji z dopiskiem "Czaruś i Michaś". Moga być to kartki ze zdjęciem konika, własnoręczne prace z koniem, maskotki koniki i wszystko, co sprawi chłopcom radość. Można wysłać witaminy dla przyszłych małych właścicieli kucyków lub szczotkę dla konika. Taka akcja kartkowa z całej Polski musiałaby być dla chłopców czymś niezwykłym. Wszystkie kartki i prezenty, które uda nam sie zebrać, dnia 1 czerwca 2008 wraz z kucykami zajada na podwórze chłopców.

Pozostajemy do dyspozycji pod numerem 0 692 74 16 07 (Ewa), 0 600 00 9072 (Dagmara)

Wpłaty na pomoc chłopcom koniecznie z dopiskiem "Czaruś i Michaś" na konto fundacji

Fundacja Centaurus
ul. Borelowskiego 53/2
51-678 Wroclaw
151020 5226 0000 6002 0220 0350

Więcej informacji na stronie internetowej www.centaurus.org.pl.
Adres mejlowy specjalnie dla tej akcji marzenieokucyku@wp.pl

Zaświadczenia lekarskie: Pierwsze, drugie oraz trzecie.





Akcja Jaśminy Maluszek - Maluszkowi

Kocham zwierzatka i kocham pomagac. Oto moja przyjaciolka Bambisia:

"Nazywam sie Bambi i jestem malutkim konikiem. Jak miałam 3 dni i leżałam na trawie, moja mamusia niechcący nadepnęła na moje nóżki. Pamiętam ze wtedy bardzo bolało i nie mogłam wstać. Przyjechał Pan w białym fartuchu i powiedział mojej Pani, ze jak nie wstanę to zasnę po takim zastrzyku i mnie gdzieś zabiorą. A ja tak chciałam zyc! To wstałam. Raz drugi, trzeci.. aż moja jedna nóżka napuchla, kopytko zrobilo sie jakieś takie luźne.. a moja druga nóżka zrobiła sie krzywa, bo chyba za mocno sie na niej opieralam. Rożne koniki z mojej stajni znajdywaly nowych właścicieli. Moja Pani zawsze jak mnie głaskała mówiła, ze jestem najpiękniejsza, ale MNIE nikt nie chcial. Zostalam jedynym źrebaczkiem w stajni.

Az pewnego dnia przyjechali jacyś Państwo. Bardzo mili. Glaskali mnie, przytulali i założyli mi coś białego na nozke. O jak fajnie! Moglam stać na niej. Potem pamiętam ze cala noc jechaliśmy gdzieś, a rano poczułam już tylko mięciutka słomę pod sobą. Potem Ci Państwo przyjechali z Panem w bialym fartuchu. O jak sie balam.. ale ten Pan obejrzal moja nozke, jakies zdjecia czyms dziwnym zrobil i pojechal. I Ci Panstwo następnego dnia jakcys tacy smutni byli. Glaskali mnie, karmili marchewkami z platkami owsianymi i jabłuszkami i głaskali. Czasem płakali. I bałam sie strasznie. To wstawałam! Patrzcie jak stoje! Ja tez chce mieć swoich Państwa! Jaka ladna jestem! I zerkalam na swoja krzywa nozke chowając ja za slupem.. A oni byli tacy smutni. I mowili o pieniazkach, i ze trudna operacja.. Nie wiedziałam o co chodzi.

Po kilku dniach do stajni ktoś wszedl. Spalam wtedy. Nagle poczułam nad soba jakas mala raczke. Malutka dziewczynka, taka jak ja, glaskala mnie po chrapach. I pamiętam jak mówiła ze bedzie dobrze. A byla taka malutka jak ja. Potem mamusia tez dziewczynki przyszla i mówiła, ze dziewczynka rozbiła swoja świnkę skarbonkę, jak uslyszała o mnie, o Bambisi. I dala uzbierane pieniazki na moja operacje. Namowila tez inne przedszkolaki na niejedzenie slodyczy przez jeden dzien i zeby pomogly tym ludziom zebrac pieniazki na moja operacje. To chyba tak, jakbym ja nie jadla trawy..

I wtedy sie zaczęło. Przyjeżdżali, odjeżdżali. Czasem sie bałam. Byly aparaty i kamery. Jacyś ludzie dzwini. Ale bardzo mili, każdy miał marchewkę. Ale najbardziej pamiętam te malutka dziewczynkę co ciągle przy mnie byla i tak na mnie patrzyła i sie uśmiechała. Mówili na nia Jaśminka. Byla taka cieplutka, zeby ja dotknąć chrapami musiałam sie tak nisko schylać, ale ona wtedy tak sie śmiala.. i głaskala mnie."

Bambi znajduje sie pod opieka Fundacji Centaurus. Wiecej informacji na stronie www.centaurus.org.pl

Mala Jasminka rozpoczela akcje Maluszki Maluszkowi, z wlasnej incjatywy przekazala na leczenie Bambi kwote prawie 30 zl ze skarbonki i namawia przedszkolakow do niejedzenia slodyczy przez jeden dzien na rzecz Bambisi. Prosimy wesprzyj akcje piecioletniej Jasminki, ktora podjela sie ratowania malutkiej klaczy. Pozwolmy Jasmince i innym przedszkolakom wraz z Bambi biegac latem po zielonej trawie..

Telefon do mamy Jasminy, Dagmary Dymarskiej Gruszka 0 600 00 90 71 dagma88@interia.pl

Media o akcji:
www.centaurus.org.pl

PANORAMA, 18.04.08. g 18:30
http://www.itvp.pl

TVP Wroclaw
http://ww6.tvp.pl/





Kulawinka cd..

Klacz została w nocy z poniedziałku na wtorek przetransportowana na leżąco do Wrocławia pod oko Dr Krzysztofa Kmiecika. Cala drogę probowała wstać, co staraliśmy sie jej uniemożliwić, gdyż przy dwóch niesprawnych nogach podroż byłaby bardzo niebezpieczna dla malej. Dojechaliśmy ok 4tej rano, wyładowaliśmy malutka na wielkim kocu i tak wnieśliśmy do dużej biegani.

Cala była wyścielana słomą, żeby mała mogla sie przewracać ile zechce ale w miarę bezpiecznie. resztę nocy spaliśmy z nią w stajni przewracając ja co 2 godziny z boku na bok, aby płyny nie zaległy w płuckach.

Rano na widok weterynarza, po ponad 30 godzinach, wreszcie wstała, czym dodała nam otuchy. Dr Kmiecik wykonał serie zdjęć RTG obydwu nóżek, co mała w miarę cierpliwie zniosła. Zaraz potem wróciła do jedzenia, dostała jeszcze tylko specjalne farmaceutyki na wzmocnienie. Wszystko wyglądało dobrze, tym bardziej, ze miała sile wstawać. Wraz z weterynarzem mięliśmy nadzieje, iz to tylko wykostkowanie. Za godzinę miały być wyniki malej, coś w nas było przekonane ze będzie dobrze i ze tylko kwestie prostego zabiegu i mala będzie miala sprawne nogi. Ale coś nie dawało spokoju, dlaczego weterynarz nie dzwoni ?

Telefon po 3 godzinach oczekiwania. Grom z jasnego nieba.

W stawie koronkowym "kaszana", cytujac określenie Dr Kmiecika. Rozpoczęła sie artroza, przy samym kopycie. Niedobrze. Przez moment czujemy jak nam sie grunt wysuwa spod nóg. Ale za chwile okazuje sie, ze to wcale nie jest najgorsza wiadomość. Otóż nie jest to główny powód dla którego Kulwinka nie chodzi. złamaniu, bardzo poważnemu, uległa kosc długa, nad stawem pęcinowym. To jakby kość miedzy nadgarstkiem, a łokciem. Dodatkowo jest to złamanie z odłamkami pośrednimi, które jeśli przebija tkankę skórna, odbiora jakiekolwiek szanse Kulwince na zycie, bo po dostaniu sie powietrza rozpoczną sie procesy gnilne i kosc po prostu zgnije.

Pytanie którego baliśmy sie najbardziej padło właśnie wtedy - co dalej ? Dajemy szanse, czy usypiamy ? Jakie szanse.. 50 na 50.

Patrzymy na malutka. Tyle kilometrów przejechanych, tyle dni w stanie zapalnym, w potężnym bolu. Tyle walki z druga pęcinka, która po operacji może dać jej wsparcie. I może sie nie uda, może Kulawinka w miedzy czasie zdecyduje sie odejść, nie wiemy. Ale teraz chrupie siano i macha zagipsowana nóżka i patrzy tymi wielkimi oczami. Jakby prosiła.. o szanse.. "przecież na nią zasłużyłam.."

Może sie nie uda, wiemy. Ale jeśli istnieje choć cień szansy, błagamy, pomóżcie nam sfinansować leczenie i operacje Kulawinki. Koszt suma sumarum nie powinien przekroczyć 5 tys zl, tyle w tej chwili warte jest życie malutkiej.

I nawet jeśli sie nie uda, te szanse jesteśmy jej winni. Za jej wiarę i chce do życia, za te wielkie błagające oczy, które poruszyły nasze serca. Za radość jaka dala dwójce starszych, cudownych ludzi, dla których była i jest światełkiem i którzy trzęsą sie ze strachu o jej życie i zdrowie.

Wiemy, ze z Wami damy rade. I nawet jeśli odejdzie, odejdzie wiedząc, ze jej cierpienie nie poszło na marne.

A jeśli za parę lat zobaczycie mała, kulawa kasztanowata klacz skubiąca zielona trawę, ze sztywna przednia noga i oczkami sarenki Bambi, znaczy, ze sie udało, ze Kulawinka żyje i ze tego dnia pomogliście jej o to życie zawalczyć. Moze nie bryknie na Wasz widok, ale może pomacha nóżką..





Sarenka Bambi..

Kochani, nasza zbiórka idzie bardzo powoli gdyz wielu z was Wsparło całkiem niedawno ratowanie DWUDZIESTKI i wiemy iz mimo szczerych chęci Wasze możliwości finansowe sie wyczerpały. Za uzbierane kwoty nie moglibyśmy na razie kupić żadnego z koni, i walczymy dalej, ale parę dni temu otrzymaliśmy telefon z błaganiem o pomoc. Jesteśmy ostatnia deska ratunku dla niespełna rocznej klaczki. Nie było w jej Naszym 'planie', ale Nasze padoki i stajnie pełne sa koni których nie bylo w Naszych planach, a teraz ryja kopytami zielona trawę, skubią pachnące siano i wiatr rozwiewa im grzywy. I wiemy, ze bez nich nie byłoby jak jest, ze nie trafiłyby do Nas bez powodu. Kulawinka ma niespełna roczek. Mała, strachliwa, charakterna klaczka zerka spode łba. Nie chce wyjść z boksu. Kombinujemy ponad godzinę, żeby malutka zachęcić. W końcu nieufnie wystawia nieproporcjonalnie duza głowę i rozgląda sie na boki. I nagle .. czmych! Juz kuśtykając w swoim specyficznym kłusie znajduje sie na zielonej trawie. stojąc na środku padoku wygląda jak sarenka Bambi, jej oczy robią to sie coraz wieksze a przerażenie rośnie. Czekamy wiec, właściciel zachęca klaczke do wedrowki za matka. Idzie, acz niechetnie. Kiedy kulawinka miala 3 dni, jak opowiada właściciel, matka przewróciła sie na nie na padoku. To spowodowalo, iz Kulawinka przez prawie rok opierała swoje wedrowki na trzech nóżkach, odciążając wykrzywiony staw. Miala do Nas jechac na leczenie i zielona pastwiska, na tyle pieniedzy udalo Nam sie zebrac. Kiedy dochodzimy na podworze i zaczynamy ogladac klaczke, okazuje sie, ze glownym problemem Naszej kulawinki nie jest wykrzywiony, przedni, zle zrosniety staw, wypadek z dziecinstwa. Po paru bryknieciach na podworzu klaczka nie jest w stanie oprzec sie na drugiej przedniej nozce. Stala na srodku tego wielkiego podworza i widok ten sprawil, ze zrobilo nam sie slabo. Unosila druga przednia nozke, opierajac sie na wykrzywionym stawie, a kopytko niemalze luzne "latalo" na wszystkie strony. Bol musial byc potworny. Staw ulegl wypadnieciu, klacz uspokoila sie w ciagu paru sekund, z oczu lecialy jej lzy, takie jakie niektorzy z Was wiedzili u koni placzacych ze strachu. I stala przed nami, ta mala Kulawinka, ktora jak sie okazalo nie miala rowniez drugiej nozki.. stala tak i machala w powietrzu luznym kopytkiem. Kontuzja musiala byc stara, na wypadnietym stawie zdazyla sie juz zrobic narosl.

Jedyna szansa dla Kulawinki jest kosztowna operacja. Cala noc zastanawialismy sie, czy nie lepszym wyjsciem jest eutanazja, wiele osob z ktorymi udalo nam sie skontaktowac proponowalo jedynie to. Operacji zgodzil sie podjac nasz weterynarz, lek wet Krzysztof Kmiecik. Z jednej strony szanse nie sa zbyt wielkie, gdyz klacz ma niesprawne dwie przednie nogi. Jednak z drugiej strony to jeszcze dziecko. I to dziecko czekalo az rok, w swojej niepelnosprawnosci dotrwalo az do teraz. Czy wobec tego mozna jej odmowic chociaz sprobowania ? Koszt operacji znany nam bedzie dopiero po wykonaniu zdjec w klinice, na razie staw zostal zagipsowany, podane leki przeciwbolowe, klacz trzeba bedzie przetransportowac albo na lezaco albo podwieszona, Kulawinka nie utrzyma sie na stojaco. Blagamy o pomoc. Dwa konie zadatkowalismy, i czekaja.




Trudno tu wybierac. Nie mamy pieniedzy. Myslelismy o tym cala noc. Ale uspic ? Teraz, kiedy ratunek i normalne zycie zapukaly do jej drzwi ? Kulawinka krzyczy o pomoc, choc po cichutku.. patrzylismy na nia wczoraj, kiedy machala nozka. Wiedzielismy, ze gdyby na miejscu byl czlowiek, wil by sie z bolu, krzyczalby, najpewniej przeklinal i plakal.. a malutka Kulawinka tylko wytrzeszczala z bolu swoje bambie oczka i machala nozka na koncu ktorej latalo kopytko. Sama nie poprosi o pomoc, nikt jej wolania nie uslyszy. Znalezlismy juz weterynarza ktory podejmie sie operacji, przeremontowujemy dzis bookmane, zeby maluchne podwiescic i przetransportowac do Wroclawia, blagamy pomozcie.. o dokladnych kosztach poinformujemy na stronie w poniedzialek. Od tej pory kazdy grosik przelany przez Was na Nasze konto bedzie przeznaczony na leczenie tej sarenki.

Prosimy, niech jej roczna ciezka walka o godne zycie, walka dziecka, nie pojdzie na marne..










Konięta na święta..

Dzięki Wam ostatnio uratowaliśmy prawie.. 20 koników! KAŻDY jeden z nich znalazł już nowy dom, kompletujemy teraz zdjęcia wraz z opiekunami, w tym wszystkim uratowaliście aż 5 źrebnych klaczy! Tym bardziej w imieniu maluszków, które wcześniej lub później zawitają na ten świat, pięknie Wam dziękujemy. Dziękujemy wszystkim mediom, firmom i osobom prywatnym, które wzięły odział w Naszej ostatniej akcji. Mimo trudności, uznajemy to za sukces i pragniemy, aby każda następna akcja kończyła sie właśnie tak, lub lepiej.

Tymczasem w okresie, kiedy my porządkowaliśmy swoje sprawy i zaszyliśmy sie w stajni - bo nerwy tez nas zjadły i psychicznie musieliśmy odpocząć po tak szeroko zakrojonej akcji - pojawiały sie konie błagające o pomoc. My wielokrotnie mówiliśmy, ze pomożemy, ale jutro.. jutro.. i tak odsuwaliśmy ten dzień, do czego teraz musimy sie przyznać. Przez cały okres prowadzenia fundacji, wielu upadków i wzlotów, często mieliśmy ochotę powiedzieć sobie "dość! zamykamy, likwidujemy". Ale zawsze bylo to czcze gadanie - kończyło sie w stajni, w ciepłym boksie, kiedy przytulając niewidoma klacz wiedzieliśmy, ze dla niej nie znajdziemy domu, ze takiego konia nikt nie weźmie, ze nam ufa, ze jej obiecaliśmy emeryturę do końca jej dni. I takich koni jest kilka. I każdemu obiecaliśmy.. Niemniej akcja na 20 koni wyczerpała Nas do zera. Zaniedbaliśmy swoje rodziny i własne sprawy bez reszty - za co serdecznie Nasze rodziny przepraszamy po raz kolejny i dziękujemy za wyrozumiałość. I po prostu - padliśmy. Na moment, na chwilkę..

Teraz wstaliśmy bo wołanie o pomoc robi sie coraz głośniejsze. Nabraliśmy sil, spotkaliśmy po drodze kolejnych cudownych ludzi, widzieliśmy piękne miejsce, mamy sile do działania. I błagamy Was o pomoc!

Nie czas szukać tragicznych historii, nie chcemy ratować koni na sile. Nie przebieraliśmy - wzięliśmy te które maja mało czasu. I maja szanse żyć normalnie. Choćby najmniejsza. łaciata klaczuchna, matka przez cale życie, potem koń sportowy, dziś koń niepotrzebny nikomu, nieprzydatny, niechciany. Kuleje. Stala sie przedmiotem. 3000 zl. Obok niej wola o życie kara klacz z nadmiernym temperamentem - bo nikt sobie z nią nie radzi, bo fika i bryka radośnie, a to nie jest mile widziane, kiedy trzeba konia spolegliwego i spokojnego. Właściciel śmiejąc sie wskazał na klacz mówiąc "Rawicz bo batem zatłukę bydle". 2900 zl. Gniada Marta, pasiona w każda stronę, właściciel z duma pokazuje rowek na zadzie, klacz ledwo chodzi, ale właśnie w tym rzecz. Pokazuje Nam gdzie jeszcze przybędzie jej mięsa - robi Nam sie słabo, bo wolne są już tylko uszy. Ma już problem z oddechem. Do tego podbita na tylne i przednie kopyto - od walenia o beton z nerwów, bo narowista, jak tłumaczy właściciel. 3800 zl. Matka Młodego, którego uratowaliśmy wiele miesięcy temu w dużej mierze dzięki pomocy Agnieszki. Klacz znowu źrebna, znowu źrebak w maju przybędzie na świąt tylko po to, aby trafić pod nóż. Bo każdy jej źrebak ma sztorcowe kopytko, nikt nie chce takich koni, rynek aż trzeszczy, można wybierać i przebierać. Klacz stoi w malutkim ciemnym boksie, nie zna laki, gryzie i kopie, każdego. Właściciel zażądał 5000 zl. W końcu 175 cm żywej wagi i źrebak lada moment.. brat Młodego. Niewidomy Latek - lat prawie 20, potężny koń, potężny.. i przerażony. Stracił wzrok moment temu, sam nie wie kiedy. Wyszedl.. i już nic nie widział. Nie radzi sobie ze swoja ślepota. "Zapuszkuje go" śmieje sie młoda dziewczyna, która niegdyś startowała w sporcie na grzbiecie Latka, która na nim stawiała swoje pierwsze kroki. 1500 zł. Po 2 latach nie zarobił na emeryturę.. Kolejka jest znacznie dłuższa.. ale mierzymy siły na zamiary. Na te święta chcemy podarować życie choć kilku. Zycie, leczenie, rehabilitacje. Konie z rożnymi historiami, od rożnych właścicieli, z rożnych stron Polski - zmierzają w tym samym kierunku. Z tego samego powodu - nie spełniają oczekiwań, wiec odbiera im sie prawo do życia lub godnej śmierci.

Tak jak zawsze - wierzymy, ze z Wami damy rade. Ile osiągniemy, zobaczymy. Ale uratujmy choć jednego z nich, a już to będzie ogromny sukces. jeśli uratujemy więcej, to będzie cud. Zas cuda zdarzają sie u Nas od kiedy działamy..





Kochani!

Z góry przepraszamy wszelkie utrudnienia na Naszej stronie. W ciągu kilku dni będziemy przemontowywać stronę, powstaną nowe działy a cześć starych odejdzie do lamusa. Zmieniliśmy nieco profil działalności, wiele sie nauczyliśmy i ustaliliśmy nowe, dodatkowe cele. jeśli ktoś z Was ma jakieś sugestie odnośnie nowych działów, chcecie aby coś pojawiało sie na stronie, macie zdjęcia które chcielibyście pokazać światu - nadsyłajcie Nam wszystko! Adres: fundacja@centaurus.org.pl

Jednocześnie, nie zapeszając, informujemy iż.. na Naszej drodze stanęło znowu kilka koników szczęśliwych w nieszczęściu. I lada dzień wskoczą na stronę wraz ze swoimi historiami. Czy uda sie im pomoc? będziemy trzymać kciuki, może podobnie jak w ostatnie święta podarowaliśmy życie aż 17 koniom (a dlaczego az tylu, pozostanie jeszcze parę dni Nasza słodką tajemnica) teraz uda sie wykupić te kilka.

Tym czasem walczymy ze strona internetowa i aktualnościami, bo wiele sie u Nas zmieniło. Tych, którzy czekają na felieton, nie rozczarujemy również.

I dziękujemy Wam za setki mejli, przepraszamy ze nie na wszystkie jesteśmy w stanie odpowiedzieć natychmiast, czasem trzeba poczekać parę dni, ale odpowiemy na wszystko z pewnością.

I nadal BŁAGAMY o pomoc dla TFF! Tam sytuacja jest coraz gorsza, odcięto w niedziele wodę. Mozę ktoś może pomoc fizycznie na miejscu, to byłoby nieocenione, w równym stopniu jak pomoc finansowa.




PILNE ! POTRZEBNA POMOC DLA TFF !

Kochani, ostatnio cicho zrobiło sie u Nas na stronie - co nie znaczy, ze nie działamy. Tuz koło weekendu pojawi sie ciekawy felieton oraz uzupełnienie informacji o ostatnich akcjach, o których było głośno w prasie, ale które nie trafiły na stronę internetowa. Tym czasem - Naszej i Waszej pilnej pomocy potrzebuje zaprzyjaźniona organizacja TA FAJNA FUNDACJA.

Historie ich działalności można przedstawić na wielu kartach, ale my chcemy słupic sie wyłącznie na chwili obecnej, która przypomina horror. Parę dni temu otrzymaliśmy telefon z błaganiem o pomoc. Obiecaliśmy włączyć sie w ten apel, bo wierzymy ze w takich sytuacjach trzeba trzymać sie razem.

Fundacja zajmuje od dość dawna gospodarstwo wraz z obiektami stajennymi. Pan Piotr, który sie z Nami kontaktuje, nie musiał dramatyzować. Słuchając co sie dzieje "tuz obok Nas" mieliśmy wrażenie trafienia w kadr filmu Teksańskiej masakry pila mechaniczna. On wraz z pozostałymi działaczami fundacji zostali wyrzuceni przez właścicieli z lokum mieszkalnego - zamieszkali wiec parę tygodni temu w stajni. Paręnaście dni temu właściciele obiektu odcięli prąd. Teraz groza odcięciem wody.

TFF zabunkrowała sie na terenie obiektu i własnym ciałem broni stajni i padoków, przed mężem właścicielki, który zaczął pojawiać sie wieczorami z pila spalinowa i dewastować drewniane obiekty przeznaczone dla zwierzaków. Na farmie TFF znajduje sie paręnaście koni, bociek, wiewiórka, krówki i wiele, wiele innych. Właściciele blokują dostęp do obiektu dostawcom słomy, siana czy owsa. Siana zostało na parę tygodni. Słomy praktycznie już nie ma. Owsa na parę dni. Jeśli zabraknie wody, gehenna.

Trudno podać przyczyny zachowania właścicieli, nie chcemy spekulować, ale jedno jest pewne - TFF posiada umowę najmu terenu do sierpnia. TFF skierowało również sprawę do prasy i prokuratury, na policje. Kiedy zapytaliśmy o sytuacje finansowa, Pan Piotr wyjaśnił "Zostaliśmy odcięci od internetu, nie mamy telefony stacjonarnego, mamy jeszcze komórki które ładujemy u znajomych, ale ponieważ nie działamy - nie mamy funduszy - lada moment wyłącza nam również telefony, za zaległe rachunki. Wtedy nawet po pomoc w nocy nie zadzwonimy!" TFF utrzymywało sie głównie z imprez i prowadzenia ośrodka - teraz nikogo zaprosić do ośrodka nie można, bo to bomba tykająca. Nigdy nie wiadomo, czy właściciel nie wypadnie zza rogu z siekiera. Sprawa w prokuraturze wyjaśnić ma sie do miesiąca, ale konie tyle czasu nie maja. TFF gromadzi fundusze na własną ziemie, ale sporo jeszcze brakuje. Plany maja piękne i ambitne, ale wszystko rozbija sie o tu i teraz - bez Waszej pomocy nie dadza sobie rady. Prokuratura ma miesiąc na podjecie decyzji.

Potrzebne są środki na tymczasowe utrzymanie koni, potrzebni są ludzie do pomocy na miejscu, do pilnowania obiektu, nawet na parę godzin. Stajnia znajduje sie w okolicach Warszawy - namiary oraz więcej informacji nt samej fundacji znajdziecie na stronie internetowej www.tafajnafundacja.org.pl a także bezpośrednio u Prezesa TFF, Pana Piotra Nalepy - 0 502 661 161

Podajemy numer konta i błagamy o pomocy w imieniu zwierzaków TFF!
Ta Fajna Fundacja
ul Kamińskiego 2/28
03-130 Warszawa
NIP 524-23-78-762
REGON 017201509
KRS 0000145334
Kredyt Bank I Odz. w Warszawie
Konto: 81 1500 1012 1210 1009 6884 0000

Wiemy, ze wielu z Was lojalnie pomaga często jednej wybranej organizacji. Chcemy to zmienić, chcemy abyście dzięki Nam mogli dotrzeć również do innych potrzebujących. Przecież cel jest wspólny, a to najważniejsze! Wiec złotówkę która przekazalibyście Nam - przekażcie w tych dniach bardzo pilnie TFF. Ciężko jest każdemu z Nas, ale TFF znalazło sie w sytuacji tragicznej - dlatego tym razem apelujemy do Was - do wszystkich adopcji wirtualnych - te kwoty, którymi wspomagacie na stale Nasze zwierzaki, niech powędrują dziś na konto TFF. I pomóżmy im bezpośrednio - kto może, niech jedzie!


Kochani!
Akcja na 20 koni dzięki Wam dała życie wielu koniom. U nas w stajni już 6 otrzymało pomoc weterynaryjną. Następne wozimy. 5 koni zostało wykupionych przez osoby prywatne, 9 ciągle czeka, płacimy przy każdym transporcie. Po drodze zwróciła się do nas o pomoc Nasza Szkapa. Dodatkowo więc przekazaliśmy fundusze na ratowanie konia Szkapie. Czekamy na cud, a cena rośnie...


Zapraszamy jednocześnie do prasy - w tym tygodniu ukaże się artykuł w Przyjaciółce nt Fundacji Centaurus i jej dzialalności. Może to rowniez sprowadzi ratunek na Dwudziestkę.
Dziekujemy za to ze jestescie z Nami i za kazde cieple slowo.







Kochani,

Spieszymy poinformować, że koniki można odwiedzać już u Nas w stajni. Cześć znalazło swoje boksy za 1 zł u zaprzyjaznionych rolników. Dzięki tej akcji uratowaliśmy juz wiele wiele koni, a sytuacja w stajni hodowlanej zmieniała się jak w kalejdoskopie. Właściciel zmieniał cenę i warunki, a nas nie stać na zadatkowanie koni i zatrzymanie ceny na jednym poziomie. Kiedy przyjechaliśmy wreszcie po konie podniósł cenę - zawołał kwotę od 5 tys za konia minimum. Koniom w tej cenie rzeznia nie grozi...

Długo się zastanawialiśmy co z tym zrobić, ale Naszym celem nie jest wykupywanie koni zdrowych w wysokich cenach, bo chodzilo o podarowanie życia. Tym samym postanowiliśmy odwiedzić kilku handlarzy i wykupić najbardziej potrzebujące konie, ktorych czas został policzony. Nasza akcja ciągle trwa, jeśli znacie przypadki niecierpiące zwloki prosimy, zgłaszajcie je do Nas, wykorzystajmy dobrą passe i podarujmy jak najwiecej życ.

Zapraszamy serdecznie do odwiedzenia koni w stajni i do udziału w programie adopcji.

Oto komu podarowaliście nowe życie:

ARON - choroba właściciela skazała go na Rawicz. Ufny, potężny i ... charakterny gniady ogier, przypomina wulkan.

KARUSKA - skarogniada klacz z trwałą kontuzją tylnej nogi. Nieufna, w kwiecie wieku, garnąca się do ludzi odpychana przez konie.

MAMUNIA - chudzina, uległa nie za młoda... najłagodniejszy koń, jakiego w życiu spotkaliśmy. A za 3 miesiące Mamunia będzie miała maleństwo.

KUBA - wariat, chore trzeszczki, zniszczona psychika, łykawość, nie wyróżniający się wyglądem, gniady farciaż.

ANKA - wiatr w grzywie zawiał ją do handlarza. Drobna delikatna, przerażone oczy pełne nadzieji.

REWULKA - bita, hodowana na rzeź, nieufna kasztanowata klacz, która nie lubi ani spojrzeń ani dotyku i kopie już z daleka.

BEZIMIENNE DWIE KASZTANKI - obie miały jechać kiedyś do ubojni, kiedy się już wyźrebią, bo więcej się zarobi. Psychika poraniona, kopyta poprzerastane.

BIANCA - bez ogona, błoto... a pod nim żebra, rany na pysku. Gniady stwór wołający o pomoc.

Kochani, w międzyczasie zapadła decyzja o uśpieniu Kuby. Szanse były znikome i przedłużałyby tylko jego męczarnie. Nie udało się zlikwidować zakażenia...
Dziękujemy Fundacji Animals, która była przy Kubie do końca, która rok temu ocaliła mu życie. Dziękujemy Wam za serce. I dziękujemy Kubie, że się pojawił i wiele nas nauczył.










W CZASIE AKCJI POJAWIA SIE KUBA BARDZO CIEŻKI STAN
O BOŻE....JAK ZOSTAWIĆ Tą SPRAWĘ

Przykładem nieludzkiego traktowania naszych podopiecznych jest historia Kuby. Koń pracował u rolnika, człowieka bezdusznego. Zaniedbywane zagłodzone zwierze pracowało ponad swoje siły w niewyobrażalnie ciężkich warunkach w końcu u zwierzaka pojawiło sie zakażenie narządów. brak zainteresowania i ciągły wyzysk doprowadził do rozwinięcia sie raka. Mimo tego osłabiony koń musiał pracować, a gdy z wycieczenia upadł,był przez właściciela bity.W końcu odebrano sądownie Kube i przekazano naszej fundacji.


Obecnie koń jest w bardzo ciężkim stanie,ale nie poddajemy się i robimy wszystko co w naszej mocy.Niestety jak to w życiu bywa tak i w tym przypadku żeby pomóc potrzebne są pieniądze na operacje lub zasuszanie.


KUBA BŁAGA O TWOJą POMOC.

Sprostowanie: Wyżej jest mowa o Towarzystwie - Pogotowie dla zwierząt, nie o Fundacji Animals. TPdZ skierowało prośbę o objęcie opieką finansową konia. Nie nastąpiło pisemne przekazanie konia, gdyż wspólnie z Panią vice prezes TPdZ zdecydowaliśmy o uśpieniu konia, ze względu na zerowe rokowania. Koń został odebrany za inną formę znęcania się niż bicie i głodzenie. Fundacja Centaurus przekazała z własnych środków kwotę 500 zł w grudniu.










AKCJA Dwudziestki trwa!
Dziekujemy Wam.. dziekujemy Radiu ESKA..

Ponad 6 tys zł. Tyle udało Nam się zebrać. DZIĘKUJEMY !

Okres świąt i Nowego Roku wbrew Naszym nadziejom okazał się feralnym. Brak czasu, gonitwa.. przegrać jednak nie przegralismy - 2 konie wygrały życie. Dziś pojechaliśmy wybrać dwa z nich. Weszlismy do walącej się obory z zamiarem wskazania palcem 2 koni. Nasz zamiar upadł w momencie przekroczenie progu. Nikt z Nas nie potrafił wskazać, którym koniom damy szanse, a które skażemy na śmierć.

Próbowalismy, stalismy tam ponad godzine.. i poszlismy błagać o dłuższy termin. Moze chociaz 2 więcej, moze te najbardziej przerażone.. moze tę zrebną, ze względu na Maleństwo, moze tę chudszą, z ranną nogą.. Uratowało nas jedno. Spadła cena żywca po okresie swiątecznym. Właściciel nie dostanie nigdzie takich pieniędzy jakie chciał. Nie ruszały go Nasze łzy, błagania.. ale ruszyła go informacja kiedy zadzwonił do Rawicza i zapytał ile dostanie za kilo mięsa. Umówilismy termin do 12stego stycznia.

Wiele osób kręci głową, twierdzi, ze rzucamy się z motyką na słonce. Jak ratowac 20 koni, jak niedawno mieliście problemy z utrzymaniem się, kto da Wam na to fundusze, kogo obchodzą konie, one są zbyt ładne, nie budzą emocji, dajcie spokój, szkoda czasu i pracy, szkoda szukania..

Ale my stanelismy na nogi, po rocznym boju o przetrwanie wreszcie jest u Nas stabilnie, mamy siano, mamy owies, siano do oporu, wiele koni ma cudowne adopcje, wiele rodzin czeka na swojego konika.. rok temu kazdy mówił - likwidujcie Fundacje, nie dacie rady. Kosząc kosą nocami trawe na wałach odrzańskich zeby nakarmić 20 koni - wierzylismy, ze to się odwróci. Mimo że praktycznie każdy postawił kropke nad "i" - nie dadzą rady, kwestia dni, kiedy upadną. Dzięki wierze, ze się uda, przetrwalismy najgorsze. Ci, którzy z Nami wtedy byli wiedzą, jak było ciężko, i jak niewiele brakowało, abyśmy upadli. Ile tazy pakowalismy walizki, ile razy mielismy chwile załamania, ile musielismy sprzedać, łącznie z własnymi końmi - aby utrzymać Nasze ukochane niechciane.

Potem pojawili się cudowni ludzie, którzy pomogli, którzy wsparli. Psychicznie, finansowo, rezczowo.

Ale wytrwalismy! I wiemy, ze trzeba po prostu wierzyć. Tym razem też wierzymy.. więc zbieramy fudnusze dalej! I błagamy Was o pomoc w tej walce.

Dziekujemy również Radiu ESKA - Nasza akcję ratowania 20stu koni wsparło Radio ESKA. Przez kilka świątecznych dni w całej Polsce prawie wszystkie stacje regionalne radia ESKA apelowały o wsparcie w informacjach, podobnie jak apel płynął od wspaniałych DJ'ów Eski w przerwach muzycznych. Apel dotarł także do polonii w USA. Dziękujemy głównemu sztabowi ESKI w Warszawie oraz poszczególnym stacjom regionalnym - za ogromne zaangażowanie!

Dziękujemy również Gazecie Lubuskiej - aż dwukrotnie wydrukowała artykuły nt Naszej Fundacji wraz z apelem.

Wierzymy ze się uda - moze ktos z Was moze zorganizować akcję w szkole, my dostarczymy materiał! Moze ktos moz eprzekazać na te koniki pare groszy - pamiętajcie ze z takich groszy zbierają się największe kwoty! Pamiętajcie, ze te grosiki mogą uratowac życie..



Pozostajemy do dyspozycji pod telefonem
0 692 74 16 07 i 0 506 16 24 19

Fundacja Centaurus, ul Borelowskiego 53/2 Wrocław
PKO BP 151020 5226 0000 6002 0220 0350
Tytuł wpłaty "Dwudziestka"
SMS pod numer 79880 o tresci ISR.KONIE (10,98 zl z vat)

 

 


20 koni rży o życie..

Mielismy spędzić święta spokojnie, pełno paszy, nowe drewniane boksy, piękna złocista słoma.. Konie wesoło rżą. Dostalismy telefon, z błaganiem o życie. 20 koni czeka - czeka na niewiadome. Stoją w gnoju, poprzywiązywane łańcuchami, dzwonimy i pytamy ile za wszystkie
słyszymy, ze to ponad 6 ton mięska na święta, ściska nam gardło. 6 zł za kilogram. Bo ponoc szlachetne mięso.. Bijemy się z myślami.. przecież nie damy rady, to ok 60 tys zl. Mamy 2 tygodnie. I transport, bo konie stoją 140 km od Wrocławia.. potem do Zielonej Góry..


To hodowla 3 braci, sprawdzamy sytuacje w środowisku, jeden z nich skazany za znecanie się nad zwierzętami. Ma iść do aresztu. Drugi nie żyje, koń kopnął w trakcie szarpaniny. Trzeci chce się pozbyć koni jak najszybciej. Przestał karmić i wypuszczac, ale do odebrania się nie kwalifikują.. jeszcze. Czekac to niehumanitarne. Mamy 2 tygodnie, nie wiemy czy się uda, nie wiemy, ile się uda.. ale będziemy walczyć.

Patrzymy na Nasze konie, które mają wszystko, czego ich końska dusza
zapragnie. Myślimy juz jednak o tych, które stoją same, w ciasnych boksach, na szyjach wiszą łańcuchy i nikt nie słyszy ich wołania o pomoc, nikt nie słyszy jak płaczą..

Błagamy, pomożcie.. moze z małych kwot uratujemy chociaz te w najcięższym stanie, moze jednego więcej. A moze.. moze jakimś cudem........... Na Naszej stronie internetowej www.centaurus.org.pl Uruchamiamy aukcje internetowe całkowity dochód na rzecz dwudziestki..

Idą święta, czas Prezentów wielu z Was pytało, czy kupic nowy kantar, czy szczotke, czy może witaminy. A my proponujemy ŻYCIE podarujmy z tych małych kwot, zamiast nowego kantara, czy witamin - podarujmy własnie życie koniom, które nie mają nic. Dla których to najcenniejszy Prezent.. jedyny, jakiego mogą chcieć. Pamiętajcie, liczy się najmniejsza kwota. Z takich kwot uratwaliscie za Naszym pośrednictwem juz ponad 40 koni. I siła małych złotówek jest naprawde wielka..



Pozostajemy do dyspozycji pod telefonem 0 692 74 16 07 i 0 506 16 24 19

Fundacja Centaurus, ul Borelowskiego 53/2 Wrocław
PKO BP 151020 5226 0000 6002 0220 0350
Tytuł wpłaty "Dwudziestka"
SMS pod numer 79880 o tresci ISR.KONIE (10,98 zl z vat)

 

 


Nel, Bartek i Bianca są już bezpieczne.

Dzięki uporowi Naszej Szkapy żyje Bianka. Więcej informacji już jutro..

DZIEKUJEMY


Apel Bianki - 2 dni i Rawicz!

W trakcie Naszej akcji na Nel i Bartka dotarło do Nas rozpaczliwe wołanie o pomoc. Godzine siedzielismy i motalismy się - w końcu zapadła decyjza. Dopóki klacz zyje jest szansa. A cuda się zdarzają. 2 tys zl, 2 dni czasu, klacz ma na imie Bianka. Właściciel porzucił konia,
zostawił na utrzymaniu obcej osoby - ta znowu nie ma ochoty trzymywać konia, nie ma czasu - bez chwili namysłu zadzwoniła po handlarza, klacz pojechała do Rawicza. Fundacja Nasza Szkapa skontaktowała się z handlarzem tuż przed wjazdem do Rawicza - i rozpoczał się wyścig z czasem. Wraz ze Szkapą postanowilismy zrobic wszystko, aby odkupić klacz. Klacz ma juz zapewniony dobry dom do końca swoich dni. Pozostaje tylko kwestia tego, by trafiła właśnie tam, a nie do rzeĹşni.
Moze nie jest najpiekniejszym koniem na świecie.. ale chce zyć!

Błagamy znowu, pomożcie.. w srode popoludniu klacz musi już wyjechac od handlarza. Tak wiec licza sie niestety tylko wpłaty wtorkowe - jutrzejsze. Reszta wpłat moze nie zdążyć dojść..


Nel i Bartek - zostało kilka dni..

Nel, lat 20. Całe życie przepracowała z dziećmi. Była ich wielką radością, spokojna, uległa, dzielnie przemierzała kilometry chodząc po kółku, ciągle tym samym. Przez 17 lat. Nigdy nikogo nie zrzuciła. Zawsze łagodna, ze spojrzeniem pełnym jakiegoś dziwnego spokoju.
Dziś niedowidzi na jedno oko, niedojada, nie przychodza już dzieci. Te, które nauczyły się na niej jeĹşdzić, już urosły. I zapomniały. Wyjechały, mają inne zainteresowania, swoje rodziny. A Nel została. Gospodarz zmarł miesiąc temu, jego syn nie chce zajmowac się konmi. Mieszka w mieście, gospodarrstwo ojca ma zostać lada dzien sprzedane. Wraz z Nel, która przeżyła w Nim całe życie. Na Nel sa już kupcy, ma jechac do Jasła, na karme dla psów.

Bartek, lat 16. Podobna sytuacja jak u Nel. Właściciel miał go całe jego życie. Razem pracowali, razem znosili trudy i radości życia. Ale życie nie jest usłane różami, czas biegnie do przodu - właściciel postarzał się, uważa, ze nie jest w stanie zajmowac się Bartkiem. Nie te siły, nie to zdrowie, nie to serce.. a Bartek pełen sił, więc i nie ta siła w rekach staruszka. I Postanowił sprzedac staruszek ukochanego konia, o ironio - do rzeĹşni. Inna mentalność, inne spojrzenie na takie sprawy.. w jego opinii rzeĹşnia to wybawienie, bo kończy wszystko. Nie chce by jego koń zestarzał się kiedyś jak On sam. I cierpiał, ze starosci. Najpewniej potrzebuje również pieniedzy.
Obiecalismy że zapewnimy Bartkowi godne życie, że nigdy nie bedzie cierpiał. Właściciel obniżył cene na Bartka, ale dostalismy zaledwie kilka dni.

Bartek ma czas do soboty. Wynegocjowana kwota to 2400 zl.
Nel ma tylko pare dni wiecej, do srody, wtedy przyjezdza handlarz. Cena jej zycia to 3000 zł.

Zastanawialiśmy się, któremu koniowi podarować zycie. Myśleliśmy nad tym całą noc, i cały poranek.
Nie potrafimy wybrać..

Potrzeba w ciągu kilku dni zebrac 5400 zł. Miejsce mamy, mamy transport w pogotowiu.

Błagamy, pomożcie, nie kazcie wybierać.. 5400 zł to duża kwota. Ale z drugiej strony ile musi być warte życie, aby móc pwoiedzieć, że cena jest wygórowana ?


Nowi mieszkańcy - Siwulka i Pimkuś

Prezentujemy galerie Siwuchny - obok niej przewija się.. Pimkuś!
Nie mieliśmy nawet czasu napisać, ze do Naszego stada dołaczył 14 letni gniady wałaszek. Pimkuś, niegdyś koń sportowy, dziś przekazany Fundacji przez Magde, urocza sponsorke Naszych Podopiecznych, ma pomagać dzieciom i młodzieży w terapii. Jest ostoją spokoju i bardzo potrzebuje kontaktu z człowiekiem, idol dzieciaków, które odwiedzają Nasza stajnie.

Najpierw Pimkuś zakochał się w Kabałce. Pare dni potem kochał już Klarcie i świata poza nią nie widział. Z chwilą, gdy pojawiła się Siwuchna - porzucił Klarcie i nie dopuszcza nikogo do Siwej pieknosci. Na kogo trafi za tydzien - czekamy z niecierpliwością!


Kaban uratowany. Dziękujemy !!!

Kochani!

Kaban juz caly i zdrowy - w nowym domu! Dziekujemy Wam wszystkim za pomoc w imieniu Kabana oraz .. Siwuchnej! Z gorki na Kabana postanowilismy uratowac jeszcze jednego konia. Jest nim Siwa klacz, ktorej czas dobiegal konca. Siwuchna ma 12 lat i astme. Jest kochanym, łagodnym koniem który na razie przebywa w Naszej stajni, a po akceptacji weterynarza rozpoczniemy szukanie nowego domu adopcyjnego.

Dziekujemy Gazecie Wyborczej z Katowic, dziekujemy Radiu Katowice, Nasza akcje ratowania Kabana wsparła także gazeta Metro w całej Polsce. Dziekujemy telewizji Puls, a także telewizji regionalnej z Katowic, która dziś przyjedzie nakręcić reportaz nt Kabana i Kamila.
Dodatkowo artykuł nt Cerntaurusa ukazał się także w Koniach i Rumakach.

A gwoli przypomnienia.. składamy najpiekniejsze i najwieksze podziękowania Naszemu Kamilowi Musiałowi, który dzieki swojemu uporowi uratował Kabanowi zycie. To rzadko spotykane i godne podziwu, by tak młody człowiek (Kamil ma lat 16) był w stanie koordynować tak potężną akcję i podjąć taką współprace z mediami, na jaką zdobył się Kamil. Kamil samodzielnie opiekował się Kabanem od dłuzszego czasu, na własną rekę szukał pomocy w całym kraju, nie zrazał sie odmowami, i negocjował życie Kabana przez wiele tygodni. Wielkie ukłony w Twoją stronę, Kamilu!

Dziekujemy równiez Panu Andrzejowi Przybylokowi, Dyrektorowi Pałacu Kawalera. To tu Kaban spedzi reszte swojego życia i swoją złota jesień. Juz teraz zaprzyjaźnił się z kasztanowaym wałachem z boksu obok, a lada moment razem będa brykac po padokach. Już w weekend Kabana i Pana Andrzeja odiwedzały liczne wycieczki z marchewkami. Gdzie odwiedzić Kaban, zobacz tutaj - www.palackawalera.pl

Dziekuje setkom osob, ktore nie pozostaly obojetne na los tego konia. Nie sposob wymienic tu wszystkich. Dziekujemy rowniez w imieniu Siwuchny - za podarowanie jej szansy na nowe życie!

Obydwa te konie zawdzieczają Wam swoje życie - dzieki Wam cuda sie zdarzaja!



Kaban uratowany, reportaż w telewizji Puls

Kaban został ocalony, reportaż w telewizji kablowej Puls dzisiaj o 19:30.

Więcej informacji umieścimy jutro rano.

 


Apel o życie dla Lizy

Kochani, wiemy, że prosimy Was o wiele, że znowu kolejny koń.. ze takich koni jest wiele.. ale widząc Lize.. zrozumiecie.

"Jestem Liza, mam 6 lat. Bardzo boli mnie noga, ale staram sie o tym nie myslec. Mysle o czasach, kiedy zył mój Pan, kiedy wraz z innymi konmi chodziłam na padoki, gdzie rosła zielona trawa. Wspominam wieczory, kiedy Pan dawał Nam pyszny owies, i klepał, i sie uśmiechał do mnie.. do Nas wszystkich. Wtedy wesoło rżeliśmy. Byłam okrąglutka, czyściutka, zawsze miałam dużo słomy. I zawsze rano czekaliśmy, aż zaskrzypią drzwi i Pan wejdzie, i tak było przez wiele lat. żyliśmy w sielance i beztrosce, a Nasz Pan bardzo Nas kochał. Aż pewnego ranka Pan nie przyszedl.. nastepnego równiez. Zaczeli pojawiac się inni ludzie. Częśc koni wyjechała do innych stajni. Kilka ze mna zostało. Nas nikt nie kupil. Dopiero po jakimś czasie zrozumieliśmy, że Nasz Pan już nigdy nie przyjdzie.. zajeła się Nami żona Pana. Była dobra, kochała Nas. Ale wyjechała do pracy, za granice. I zostawiła Nas pod opieką dwóch Panów. Ci Panowie nie sa źli, czasem rzucą Nam troche owsa, co prawda nie wychodzimy już na padoki i nie za bardzo pamietam jak smakuje trawa, ale widze przez wybita szybkę, że jest zielono, jak było za czasów Naszego Pana. Czasem mi smutno, stoje na betonie, bywa, że bola mnie kopyta, bywa, że dostane troche siana. Jest bardzo smaczne. Ale noga mnie boli coraz bardziej, coś z niej cieknie, byl jakiś Pan w białym fartuchu, ale nie dał mi nic żeby tak bardzo nie bolało. Moze nic nie miał.. powiedział tylko, że nic z tego nie bedzie i żeby coś mi dał, albo dał mnie do rzeźni. Nie wiem co to rzexnia, ale brzmi tak zimno.. nie chce tam jechał. Noga mnie boli, ale jak każą, to chodze, bo musze słuchac.
Najbardziej boli mnie biodro, nie wiem co się z Nim stało.. pamietam, ze moi nowi opiekunowie zabrali mnie i 3 inne klacze na pola. Mi przywiazali do głowy łancuch z jakimś metalowym pretem do głowy.. coś musieli wcześniej wypił, bo dziwnie się zachowywali. Ale od wyjazdu Pani tak robią codziennie. Wtedy czasem nie jemy. Czasem troche brakuje mi wody, chce mi sie pił, ale Ci Panowie nie rozumieją mojego rżenia, idą sobie dalej. Więc przestaje wołał. Będą krzyczeł.
Pamietam, jak z łańcuchem szłam, on tak dziwnie dzwonił, był cięzki. A za mną szły inne konie, szły luzem. Tak się cieszyliśmy na widok trawy, jak kopyta zapadały się w czarna ziemie. Poczuliśmy wiatr w grzywie, nagle zobaczyłam jak inne konie wybiegły do przodu.. chciałam biec! Cieszyc się razem z nimi! tak bardzo chciałam biec, ciagnełam do przodu.. wcale nie chciał źle.. chciałam się tylko cieszył razem z innymi. Wyrwałam chyba łancuch z rąk opiekuna. I biegłam, biegłam ile sił w kopytach, aż mi tchu zabraknie. Biegłam jak za czasów, gdy żył mój Pan, biegłam dla Niego. Ale nagle poczułam szarpnięcie, moje nogi zrobiły się bezwładne, zakręciło mi się w głowie, uderzyłam o coś.. chwile potem zobaczyłam, że mój pyskl lezy na trawie wymieszanej z błotem. Lezałam chyba w jakimś rowie, nie mogłam się ruszyc. Bolało, ach jak bolało.. ale nikt nie podbiegł. Rżałam za moim Panem, ale jego przecież nie było.. spojrzałam na nogi, tylną lewą noge opiął łancuch który miałam owinięty na głowie. Szarpałam, ale wtedy ból był jeszcze wiekszy. Kiedy mnie znaleźli pomogli rozwinął łańcuch. Smiali się ze mnie, że jestem niezdarna. Znowu dziwnie pachnieli, kołysali się. Może nie sa tacy źli, przeciez po paru godzinach przyszli, zarżałam, żeby podziękowac. Jestem tylko koniem. Pewnie mieli swoje ważne sprawy. Rozwineli wszystko, poszli. Nie wiedziałam co się dzieje, ale nie mogłam iśł. Biodro dziwnie się ruszało, nie mogłam go używac. I jakaś rana na nodze tylnej. Nie patrzyłam, bałam się.

To wydarzyło się miesiąc temu. Chyba troszke schudłam od tamtej pory. Rzadko jem owies, ale bardzo go lubie. Nadal patrze przez okienko, ale coraz rzadziej, nie mam siły sie obracał na nodze. Mięśnie mnie bolą, ale noge musze trzymac w górze. Przychodzi Pan w białym fartuchu.. poklepie, potem weźmie pieniadze i idzie, pewnie ma inne sprawy. Nie narzekam, mam swój boks, mam inne konie, nie pada mi na głowe. Tylko ta noga boli. I bywa, że jak nie mam już siły i położe się na betonie, to nie moge wstał. Ale bardzo chce wstąc, więc staram się, próbuje, tylko że ciągle upadam, i wtedy ocieram skóre i kosci, bo troche wystają teraz. I to jest chyba krew, co cieknie mi wtedy.

Nie jest mi źle. Przeciez nie pracuję, nie zarabiam na siebie, więc wiele nie oczekuje. Nie chce był darmozjadem. Tesknię tylko za moim Panem.. za tym jak skrzypiały drzwi, i za zielona trawa.

We wtorek przyjechali po mnie jacyś ludzie, prosili żebym weszła do jakiejś naczepy. Nie chciałam. Może mój Pan przyjdzie, a mnie tu nie bedzie ?
W końcu uległam, nie miałam już siły. Jechaliśmy parenaście godzin. Jechali wolno, słyszałam jak deszcz pada. Jadłam sobie siano.
W nocy zajechaliśmy w jakies miejsce, gdzie otworzyli tył naczepy, wyszłam po jakims kocu dziwnym, i zaprowadzono mnie do dużego boksu. Ale miałam dużo słomy na której od razu się położyam. Było tak miekko, a owies był taki dobry. Napiłam się wody, zgasło światło. Zasnęłam chyba, nie pamietam. Pare godzin potem przyjechał jakiś Pan, znowu w białym fartuchu. Obejrzał mnie, troche bolało. Coś powiedział, a ludzie którzy mnie przywieźli wygladali na smutnych. Dostałam jabłuszko, takie zielone, twarde, pyszne. Klepali mnie, mówili, że bedzie dobrze. Ale ja widziałam, że coś jest nie tak.. Nie wiem o czym mówili, ale wiem, że coś się dzieje z moją nogą. Boli. Położyłam się, chciałam rżec, ale nie mam już siły. Zamknęłam oczy.. sniła mi się trawa.

***
Liza przejechała do Nas pareset kilometrów. Przez ponad miesiąc stała w stajni z dużą ropiejąca raną stawu skokowego, z powodu której zdecydowano się przekazac Nam klacz. Na miejscu okazało się, ze klacz cierpi od ponad miesiąca znacznie bardziej. Stwierdziliśmy złamania biodra i miednicy. Liczne obrażenia na innych nogach, skrajne wychudzenie. Odwodnienie. Czemu lekarz weterynarii nie zauważył takich szczegołów, pozostaje bez odpowiedzi. Nie czas szukac winnych. Liza czekała w takim stanie ponad 4 tygodnie.
Wielu lekarze kręciło u Nas głową, mówili, by uśpił.
Ale Liza je z ogromnym apetytem, połyka owies, nie podnosi głowy z siana. Rży na Nasz widok, sama wstaje ze słomy, choł z wielkim trudem. Od parudziesieciu godzin ogladamy dramat tego konia, który tak bardzo walczy.
Mieliśmy na razie skupił się rozbudowie stajni, na hipoterapii, na boksach dla psów. Ale wiemy, że nikt z ldzkim odruchem nie pozostawił by tego konia samego sobie. Nie potrafiliśmy odjechac bez Niej. Mimo, ze mieliśmy w portfelu pieniedzy tyle, co na paliwo. Ani grosza wiecej. A konto puste.
Mimo, że na ratunek czeka zadatkowany już Kaban, o którym piszemy poniżej. Ale wiedzieliśmy, ze jesli nie my, to ta klacz czekała przez ten miesiąc na próżno. A skoro Ona walczy, nie wolno jej w tej walce pozostawił.

Prosimy, błagamy.. pomożcie! Ona nie może czekac. Potrzebne sa pieniądze na leczenie, na budowe podnośnika.. to będa potężne kwoty, ale nikt nie chce przyjechac i leczył na kredyt. Liza bez Was nie ma szans.. liczy sie każda złotówka!
Może Liza nie będzie nigdy chodził jak inne konie, może nadejdzie dzien, w którym lekarze powiedza Nam, ze nic więcej nie można zrobił - wówczas pozwolimy jej odejśł.
Ale na razie Liza żyje i czeka.. nie pozwólmy by pomoc nadeszła za późno..


Apel o życie dla Kabana..

Zadzwonilismy pod numer podany na aukcji allegro. Ktos blagal o pomoc dla parunastoletniego konia w slabej kondycji, ale zdrowego, ktory duzo umie. Odebral 16 letni chlopak, bardzo przejęty zaczał tłumaczyć, że dowiedział się, że w okolicy jest do sprzedania koń Kiedy okazało się, że jest to kon którego wiele razy widział idacego w wozie, pokornie, spokojnie,z właścicielem pijanym na wozie wymachującym batem, postanowił działac. Kon wydał mu się dziwnie bliski. Zebrał swoje małe oszczędnosci i zapłacił właścicilowi za miesieczne wyżywienie, aby ten zaczekał. I zaczał szukanie pomocy, wołanie, coraz bardziej rozpaczliwe.. wszedzie słyszał to samo, że nie ma miejsca, nie ma czasu, wiele organizacji w ogole nie odpowiadało. Być może my równiez byśmy odmowili.. gdyby nie Kamil. Tak własnie ma na imie ten chlopiec. Zadzwoniliśmy, aby powiedziec mu, ze niestety idzie zima, środki mamy bardzo ograniczone, nie damy rady, nie da się uratować wszystkich koni. Odebrał chłopiec, miałw głosie coś, co nie pozwoliło Nam przerwać mu potoku słów nt Kabana, nt okrutnego właściciela. Powiedzieliśmy, że pomyślimy, że odpowiemy jutro. Po kilku minutach sms od Kamila - czy już wiemy co z Kabanem. Kilka min i nastepny sms. Popatrzyliśmy po sobie - przy ogolnej znieczulicy, ignorancji wobec cierpienia zwierząt - pojawia sie młody, bardzo młody człwoiek, który inwestuje wszystkie swoje emocje i bardzo szczupłe finanse w tego konia. Bo poczuł empatie, tak rzadkie dziś uczucie..

Wysyłamy 200 zł, mamy umowe wstepną. Trzeba do 15stego dopłacić 3000 zł. Malo realne, ale chlopca nie można tak zostawić. Kabana tym bardziej.. chłopiec jeździ tam codziennie. Zaraz po szkole. Wypuszcza konia, karmi, wyrzuca obornik. I pilnuje, aby właściciel nie użytkował już konia. Nie bił. Nie krzyczał.

Kaban ma ok 15stu lat. Wzrostu miernego, troche opuchniete, zmęczone nogi. Jest koniem onie tyle spokopjnym, co stłumionym. Jak go tłumiono, widac kiedy wyciaga się bat. Zanim udało się konia zadatkowac, chłopiec przychodził do właściciela Kabana 6 razy. Przez 6 dni. Własciciel za każdym razem był na tyle pijany, że znikał gdzies za sklepem, wracał tylko po pieniądze,. Gdyby nie Kamil, Kabana już pewnie by nie było. Odszedłby w ciszy, z głodu, z pragnienia..

Szanse Kabana wiele osób oceniło średnio, kiedy już prosiliśmy o pomoc. Nie wyróznia go nic. Nie wyglada dramatycznie. Nie budzi skrajnych emocji, nie budzi łez. Ot, zwykły kon. Nie ma krwawych śladów widocznych na zdjeciu, nie widac tu też zranionej psychiki, oczy sa szklane.
Kaban nie jest ani medialny, ani nie budzi litości. Jest jednym z tysięcy koni, które najpewniej pojada na rzeź.

Nr kom do Kamila, w razie potrzeby 0 606 206 477

Ale Kaban też czuje. I Kabana pokochał młody chłopiec, który od miesiaca dzien i noc poświeca ocaleniu tego konia, który mijał jego dom wiele razy idąc w wozie.
Czasu jest bardzo malo.
Błagamy, pomożcie ocalić również Jego..


 

TOZIK !!!

Pojechalismy po niego pare dni temu, na szybko organizowana bookmana, bo czas w tym czasowym domu sie skonczyl. W koncu to juz 3 dni. A my ratowalismy wlasnie Mroweczke i jej Mamusie. Trzy akcje na raz.. za duzo, za duzo. Skad pieniadze wziac.. pomogl Nam ktos w transporcie. Do rana budowalismy nowy boks, zeby Tozik mial duzo miejsca, zeby bylo mu wygodnie. Slomy po kolana.. sterta siana. Wszyscy mielismy nadzieje, ze mu sie spodoba.

Tym czasem on stoi tam tak obojetnie, jakby byl z kamienia. Skubie siano,
ale bez nadziei w oczach. Nie reaguje na wolanie, nie chce byc glaskany.
Tozik nie nazywa sie Tozik. To jego pierwsze w zyciu imie. Lat ma prawie
30. Imie nasunelo sie samo.. podczas rozmowy z Tozikiem w boksie. W
zasadzie monologu. Tozik stal tylem, ze zwieszona glowa. Chcialoby sie powiedziec, ze skubal siano, ze pil wode, ze sie rozgladal, albo byl zly i kladl uszy po sobie, albo po prostu spal.. tym czasem Tozik po prostu stal. Bez emocji. Z jednym zapadnietym okiem, gdzie ma rozbita kosc i slabiej widzi. Drugie oko jest szklane, jakby nic nie widzialo..

Tozik cale swoje zycie przepracowal w wozie. Jest w typie konia
sztumskiego, konia ktory niegdys byl w lesie nie do zwyciezenia. A
przynamniej byl w takim typie.. kiedys. Patrzac na niego mozna smialo rzec, ze byly to bardzo odlegle czasy. Pracowal u pijaka, pracowal bez miski z jedzeniem, bez siana, od czasu do czasu dostawal spady ze stolu panskiego. Stal w gnoju, w komorce, na lancuchu najpewniej, gdyz lancucha boi sie przeazliwie. Zarabial - na alkohol dla swego Pana. Nikt nie reagowal, kiedy Tozik z braku sil przewracal sie na ulicy, czasem tak zostawal, czasem po paru godzinach wstawal. Bywalo, ze lezal znacznie dluzej, w roznych miejscach, obok wozu, czasem troche pod nim. Ale nie bylo litosci, Tozik jej nie zaznal. Kopniakami traktowany wstala znowu, i szedl dalej. Wydaje Nam sie, ze mial nadzieje, ze w koncu upadnie i juz sie nie obudzi. I skonczy sie ten horror. Wkolo ludzie, Tozik lezy.. wszyscy patrza, mijaja, obojetnie. Ludzka znieczulica.
Wiedziala policja, straz - kazdy byl zbyt zajety, zeby pomoc staruszkowi.
Wiec Tozik szedl kolejne kilometry, ze swoim pijanym wlascicielem..

Zastanawiamy sie, jaka bestia trzeba byc, by uczynic z koniem to, co
uczynil jego wlasciciel. Przyszli Tozika zobaczyc ludzie, ktorzy w lesie pracuja. Byli przerazeni.. jaki ciezar musial ten kon ciagnac, zeby tak mu nogi wygielo.. przeciez leb musial miec przy ziemi.. przeciez on sam ledwo
chodzi.. to jak on ciagnal wegiel jeszcze 4 dni temu ??

Tozika uratowala interwencja TOZu zielonogorskiego. Pewna dzielna Kobieta, Pani Inspektor TOZu, ktora nie ulegla wszechobecnej bojetnosci, postanowila ocalic Tozika. Wiemy, jak bardzo chciala, aby Tozik zostal odebrany - udalo sie. Tozik jednak nie dojechal o wlasnych silach do domu tymczasowego, skad my go odebralismy. Przewrocil sie w ookmanie juz po paru metrach. Nie dal rady, nogi byly zbyt slabe.. nie bylo woli walki.. Kiedy my go odbieralismy, padal deszcz. Weszlismy do stajni. Tozik stal tylem, patrzyl w sciane, bez checi do zycia. Nawet sie nie obejrzal. Nie poruszyl. Serce Nam sie scisnelo. Nogi powykrzywiane, podkowy zalozone tak, ze bolaly Nas stopy na sama mysl, ze ktos by je tak poprzebijal na gwozdziami, jak mial poprzebijane Tozik. Szedl bo szedl, jeden z kolegow pokrecil glowa.. i wtedy Tozik chwycil sie trawy. Przyssal sie do niej, i zamknal oczy. I tak skubal zdzbla, powolutku, cichutko, i patrzylismy, jak na starego, spracowanego konia pada coraz mocniejszy deszcz.. a on tak stal, wgryzal sie w trawe, jakby to byla najcudowniejsza rzecz na swiecie, jakby robil to pierwszy raz w zyciu.. chociaz teraz bylo blizej konca niz poczatku.

Co mozemy zrobic jeszcze dla Tozika.. trudno Nam powiedziec, na ile Tozik dojdzie do siebie. Od razu poszedl na padok, konie obwachaly go, i poszly. Chodzil za nimi jak cien.. tak bardzo pragnal dolaczyc do stada. Ale nie nadazal.. nogi zbyt stare, zbyt slabe. Oczy smutne, bez iskry.. Kiedy na haslo stajnia, po zmroku, wbiegly do stajni, rzucilismy im do zlobow, zobaczylismy, ze pod przymknietymi drzwiami stoi Tozik. Chudy cien, ze zwieszona glowa. Stal.. i tak bardzo chcial wejsc, tak bardzo nie chcial juz byc wiecej sam.

Bo ile tego zycia zostalo.. Zaprowadzilismy go do jego boksu, w drugiej stajni. Dzis lub jutro obok Tozika stanie Kabalka. Nigdy nie bedzie juz sam.

Zdjecia Tozika mowia same za siebie.. nie przywrocimy mu juz zdrowych nog, nie oddamy zdrowego oka, nie sprawwimy, ze bedzie na nie widzial.. nie wrocimy mu mlodosci, ktora stracil, ktora odeszla bezpowrotnie. Ale mozemy podarowac mu godna starosc, mozemy sprawic by do konca swoich dni cierpial mozliwie jak najmniej. Prosimy, blagamy o pomoc w leczeniu Tozika, sa kosztowne leki na stawy, ale sa bardzo drogie, sa rowniez leki na serduszko Tozikowem, ale rowniez kosztuja duzo sumy, ..to potezne koszta. Dopiero co przyszla Mamusia i
Mrowka, dzis porzyjechaly 2 psy, 3 dni temu trafil pod nasze skrzydla
mlodziutki spaniel, ktory mial byc odstrzelony, bo wlasciciele kupili innego pasa.. idzie zima, a zwierzakow przybywa. Nie chcemy odmawiac, mamy wlasne rece do pracy i damy sobie rade, ale blagamy Was o wsparcie!

Jesli mozecie wspomoc leczenie Tozika, prosimy o wplaty /w tytule "Tozik". Zapraszamy rowniez do odwiedzin Tozika w Naszej stajni, bedzie szczesliwy z kazdej wizyty, jest bardzo spragniony poglaskania, cieplego slowa, poczucia bezpieczenstwa..


 

Udalo sie !!!

"Dziekujemy" nie wystarczy. Pokazaliscie, ze bliskie jest Wam zycie nie
tylko koni, ale kazdego innego stworzenia. Podarowaliscie nowe życie Mróweczce i jej Mamie, bezpieczne jutro. Mróweczka, sama słodycz.. i
jej Mama, niepewna, smutnawa, nieswoja. Sa juz z Nami, zostana z Nami do konca swoich dni.W zyciu mrowki jakby nic sie nie zmienilo, nie zdawala sobie chyba sprawy, co sie dzieje, jaki los ja czeka. Mama Mrowkowa jeszcze nie dowierza, boi sie miec nadzieje, ze to juz koniec jej dramatu. Z pewnoscia to potrwa, zanim obie Panie poczuja sie jak u siebie, beda pewne ze sa najcenniejszymi stworzeniami w Naszym azylu i maja prawo do godnego zycia, bez cierpienia.

Dziekujemy tu Marcie i jej Kochanej Mamie, za potezne wsparcie. Dziekujemy cudownym Dogomaniakom. Dziekujemy wszystkim tym, ktorym los Malutkiej i jej Mamusi nie byl i nie jest obojetny. Dziekujemy Mamusi i Mrówci, ze stanely na Naszej drodze.. i ze dzielnie czekaly, mimo ze opuszczajac stajnie patrzyly obie bardzo wymownie na pozostajace tam krowy, ktore za pare godzin rowniez mialy wyjezdzac. Ale w zupelnie innym kierunku.

Dziekujemy serdecznie raz jeszcze i prosimy o odwiedziny Krowek!

 


 

Ciezki stan Ezyra - prosi o ratunek razem z Mróweczką

Dzwoni telefon. Slysze tylko, ze z Algierem jest bardo zle, nie moze wstac. Iwona czeka juz na weterynarza. Jestem akurat we Wrocławiu, wiec rzucam wszystko i jade jak na sygnale. Algier to Ezyr, dzieciaki zmienily mu imie kiedy byl w adopcji u Krzyska, latem pomagal nawet dzieciakom niepelnosprawnym. Wpadam do stajni, jest juz lepiej, Algier jeszcze troche dyszy, jest spocony, zmęczony, nerwowy. Ma na pysku sliczny bordowy kantar, Iwona wykonczyla go futerkiem, zeby go nie uwierał. Taaak, tu Algier ma wszystko. To jedna z Naszych najlepszych adopcji z dluga wzruszajaca historia. Jest zle, odezwala sie stara kontuzja po brykaniu na padoku. Od 3 miesiecy Algier musi stac w boksie, szpikowany lekami. Zabieg goni zabieg, owies poszedl w odstawke. Sloma, siano i ziółka, Iwona sama suszy. Na podescie w stajni. Teraz lewatywa, biovetalgin, duze dawki. Slucham, jak Iwona opowiada o spacerze, na ktorym nagle padl na ziemie. Mlody kon, zawsze mial rendencje do kolkowania.. teraz metabolizm stoi. Jest kiepsko. Ale stac musi, bo sciegno prawie zupelnie zniszczone, teraz znowu nadwyrezone.

Algier cichutko rzy, wszystko go jeszcze boli. Kreci sie, wierci, nie chce poddawac sie badaniom. Nic dziwnego, ma je od rana, ma prawo miec dosyc. I tak juz od 3 miesiecy.. a bylo tak pieknie. Iwona i Algier to duet jakich malo. Patrze, jak dziewczyna go gladzi po pysku, uspokaja. On patrzy na nia tak ufnie, z oddaniem jakie rzadko widze u koni tak doswiadczonych przez czlowieka jak Algier w dziecinstwie.

Weterynarz wola 300 zl, kolejne tego dnia.. Iwona wyciaga pieniazki z portfela, ostatnie. Wiem, ze jest jej ciezko. Mala pensja, na utrzymaniu dwa psiury ze schorniska, bo bidne byly, to wziela. Studia, mieszkanie kolo stajni w ciaglym remoncie, bo zima idzie - i Algier, ktory pochalania caly budzet, wszelkie pozyczki na jego rzecz. Iwona nie chce prosic o pomoc, Algier to cale jej zycie - jak ma powiedziec, ze nie stac jej juz na te wszystkie zabiegi, ktore sa warunkiem zycia jej ukochanego konia ? Blistrowanie, przeswietlenia, masci, kilkakrotne w miesiacu wizyty weterynarza (Dr Kmiecik. Dr Golachowski,. Dr Henklewski) a ostatnio te kolki, kazdorazowo to min 200 zl. Kucie korekcyjne to kolejne wydatki, potezne jak jak na jej kieszen. Patrze jeszcze raz, jak prowadzi slabego jeszcze konia do boksu, jak sie przytula do niego, przemawia czule. Zeby sie nie bal, ze bedie dobrze, ze cos wymysli, cos sprzeda. Moze bedzie konieczna operacja, na razie czeka na wyniki blistrowania, wiadomo jednak, ze Algier nie moze tyle stac, bo kolki.. i koło sie zamyka.

Algier znalazl u Iwony cudowny cieply dom, laczy ja z koniem wspaniala przyjazn i ogromne oddanie. Algier dogaduje sie ze swoja Pani znacznie lepiej niz z konmi, widac golym okiem. Ziółka musi miec. Trawa swieza do reklamówki tez - skoro on nie moze isc po trawe, trawa przychodzi codziennie do niego. Moglibysmy wziac Algiera do siebie na leczenie, ale nie smiemy. Nigdy nie bedziemy w stanie dac mu tak poteznej milosci i indywidualnej opieki, jakie otrzymuje od swojej Opiekunki. W slabego konia na widok Iwony wstepuje nowe zycie, oczy zaczynaja swiecic, z daleka jeszcze zerkam, jak daja sobie buziaki.. dziecki to podłapały, kazde chce probowac. Patrze i wiem, ze zycze tak cudownej adopcji kazdemu Naszemu koniowi. Wiem, ze najlepsze co mozemy zrobic to pomoc Iwonie w leczeniu Algiera, przeciez od tego jestesmy. Po to sa adopcje - ludzie daja serce i tyle, ile moga. My wspieramy ich, kiedy serce juz nie wystarcza..

Blagamy o pomoc dla Algiera, niestety - koszta wizyt weterynarza sa potezne, kolki czeste, zabiegi na nozke i uszkodzone sciegno bardzo drogie. Wszystko jest bardzo pilne, Algier lada moment moze znow pilnie potrzebowac weterynarza, dzisiaj w nocy trwa czuwanie nad nim. Chcemy, aby wiedzial, ze nie jest sam, ze wszyscy trzymamy kciuki aby wreszcie raz i na zawsze wrocil do zdrowia. Dzis prawie go stracilismy. Wtedy, mimo zwatpienia czy kiedy zupelnie z tego wyjdzie postanowilismy, ze Iwona da swoje serce i opieke, my wesprzemy gonitwe o jego zycie i zdrowie finansowo.

Blagamy, pomozcie nam w tym wyscigu z czasem.. nie wiemy, co bedzie jutro, pojutrze. Niedosc ze zbieramy wiec na zycie Mroweczki, prosimy Was o wsparcie leczenia Algiera. Jesli ktos z Was chcialby odwiedzic Algiera, prosimy o kontakt telefoniczny - Algier czeka we Wroclawiu, wraz ze swoja opiekunka. Tym razem bez marchewki..

Za wszelkie wsparcie leczenie Algiera serdecznie dziekujemy. Prosimy o wplaty z tytlem "Algier" lub "Mróweczka" - liczy sie kazdy, najmniejszy grosz, pamietajcie! Bez Was te stwory nie maja najmniejszych szans..

Zdjecia Algiera i Iwony na Naszej stronie juz dzis rano. Mroweczka wisi tam od kilku dni.. i ciagle czeka na nowe zycie i na ratunek..

Dziekujemy,

 

Mróweczka

Mróweczka.. urodziła się 5 miesięcy temu. Malutka, najmniejsza ze wszystkich urodzonych w tym czasie. Nikt nie dawal jej szans, nie miała prawa przeżyć. Córka właściciela dokarmiała ją butelką, dogladała, nauczyła reagować na imię, Mrówka uwielbia pieszczoty. Ufna, malutka, troche nieporadna. Nasza Fundacja z założenia zajmuje sie głównie konmi. Co prawda mamy psiury, mamy kociaki, mieliśmy nawet zajaca i sarne.. ale jeszcze nigdy krówki.

Pojechaliśmy zobaczyć te sierotke, wychylila sie z boksu na słowo "Mróweczka, chodz tu!". Podeszła, wystawiła mokry jasny nosek, kichnęła.. i uciekła za mame. Za chwile ciekawość zwyciężyła, wróciła pod deski, obwąchała aparat fotograficzny.. i zaczeła się przymilac. Mieciutka sierść, malutkie ciemne oczka, była taka drobna.. daliśmy zaliczke nie odrywając wzroku od jej małych nóżek i mokrego noska. Obiecaliśmy że po nią wrócimy, już niedługo, szybko.. dokarmimy butelka. Moze nigdy nie bedzie duza krówką.. zawsze bedzie liliputkiem. W koncu imie Mróweczka ma swoje powody. Ale jest najcudniejszym stworzeniem, jakie widzieliśmy tego dnia. Nie możemy zapomniec tego psotnego spojrzenia. Sluchalismy, ze jak byla malutka, byla wielkosci foksteriera, ktory biega akurat po stajni. Nic mialo z niej nei byc. A my patrzac na nia wiedzielismy juz, ze Mróweczka przezyła po to, by trafić do Nas i cieszyc dzieciaki, cieszyc Nas kazdego dnia.

Mama Mróweczki nie jest na sprzedaz, za 2 tygodnie odjeżdża do rzezni. Właściciel nie chciał słyszec o jej sprzedazy, twierdzil, ze obiecal już pełną stawkę ludziom skupujacym bydło do Włoch.

Mamy najpewniej nie uratujemy, musiałby zdarzyc się cud. Ale możemy uratowac Mróweczke, pokazać jej, ze świat nie jest wcale taki straszny, że Ona sama, choć jest malutka, nie jest tylko kawałkiem miesa. Patrzyliśmy na jej Mame, kiedy podeszliśmy do boksu, i wołalismy Mróweczke, Mama podpychała ją do Nas nosem, jakby starała się pokazac Mróweczke w pełnej krasie. Jakby wiedziała, że dla niej samej nie ma już nadziei, ale jakby chciała prosić, abyśmy ocalili jej córeczke..

Prosimy, pomożcie Nam wykupić Mrówke! Mozemy wyslac wiecej jej zdjec na mejla, pozostajemy pod telefonem, o kazdej porze dnia i nocy. Mamy nieco ponad 2 tygodnie na zebranie kwoty 1300 zl, czyli do dnia 25tego pazdziernika. Jest to dzien w ktorym Mama Mróweczki odjedzie w swoja ostatnia podróż. Obiecujemy, ze bedziemy jeszcze namawiac właściciela, dopóki bedzie taka szansa, aby sprzedał Nam równiez Mamę.. Czy sie uda, wątpimy. Ale nadzieja umiera przeciez ostatnia.




Smutny finał dramatu końskiego..

Niedawno skontaktowała sie z Nami pewna mloda osoba studiujaca weterynarie w Chicago. Pytalismy, jak tam w jej oczach wygladaja takie kwestie, jak konie odrzywolskie. Powiedziala, ze takie rzeczy mozliwe sa tylko w Polsce. W stanach taki wlasciciel otrzymalby co najmniej kare grzywny, a juz na pewno zakaz hodowli zwierzat w przyszlosci.

Polska. XXI wiek. Odrzywol, niedaleko radomia. 2 obiekty gdzie Pan Henryk hoduje konie malopolskie. Pierwszy - ruina. Na przeciwko stacji benzynowej. Na miejscu zdewastowane obiekty, niegdys stajnie. Dzis bez okien, drzwi, z dachem roznie bywa. Na podworzu ani grama trawy, bloto, wszedzie rozrzucone kosci, szczatki zwierzat. Pozostalosci po ubojni. I nie tylko. Co tam robia, nie wiemy. W jednej ze stajni znajdujemy 4 peciny i leb konski pokryty tkankami. Ponoc dowod dla prokuratury. W czym - nie do konca jest to klarowne. Pecin i lba pilnuje licencjonowany ogier - znajduja sie razem z Nim w jednym pomieszczeniu. Na terenie mnostwo starego, zardzewialego sprzetu, balagan, opony, smieci. Na srodku obiektu 5 koni je posilek - ogryzaja belki i jakies deski. Zebra na wierzchu, chwiejny chod. Potykamy sie o kolejne kosci.

Drugi obiekt. Wlasnosc soltysa, brata hodowcy koni. Tu kilka starych szop, kobyly ze zrebakami. Szopy ogryzione, w srodku kilkanascie zlobow. Drewnianych. Zostaly tylko podstawy. Reszte konie zjadly. Wkolo kilku koni snujacych sie po terenie biega kary ogier. Zebra i kregoslup na wierzchu. Pytamy Powiatowego Lekarza Weterynarii czy jego zdaniem kon powienien tak wygladac, przeciez obserwuje te stajnie od kwietnia. Slyszymy, ze to \"kon specyficznej budowy\". Powiatowy nie widzi wiekszego problemu w tej stadninie. Pytamy wlasciciela ile koni. Znowu cisza, nie wie, liczy, okolo 20stu. Liczy znowu, moze 50t. Wiemy juz od mieszkancow, ze sporo koni biega gdzies duzo dalej, bo teren nigdy nie jest ogrodzony. Tam jest paredziesiat hektarow lasow i lak, wzdluz walu. Konie wracaja czasem po paru dniach. Bywa, ze biegaja po wiosce, po ulicy - a tam sa dzieci. Niemniej, wg wlasciciela skoro dzieci moga, to dlaczego konie nie ? W szopach masa gnoju, na wierzch rzucono nieco slomy, ale to starczy na 15 minut. Ktos go uprzedzil. Niewiele to pomoglo. Ogier ktory biega miedzy klaczami \"wie, kiedy wolno, a kiedy nie wolno mu kryc\". reszta koni jest starsza, stad \"taka budowa\". Okazuje sie po chwili ze 2 ogiery maja tu licencje. 8 klaczy jest objetych programem ochrony rasy i otrzymuje dotacje ze Zwiazku Hodowcow Koni. Malo tego - chwile temu ktos wlasnie przedluzyl klaczom licencje..

Hodowca uchodzi za furiata. Ilosc koni go przerosla. Warunki kuriozalne. Tajemnica poliszynela.

Dwie stacje emituja reportaz o dramacie koni w Odrzywole. Naciskamy na Powiatowego Weterynarza aby odebral konie hodowcy. Nikt nie chce nic obiecywac, konie sa zbyt cenne, klacze pochodza z krystalicznych linii. Ogiery maja piekne rodowody. Nie ma chetnego, zeby wsadzic kij w mrowisko. Powiatowy wyraznie stara sie oczyscic, nie potrafi wytlumaczyc, dlaczego tyle czasu patrzyl na to wszystko. Stale powtarza, ze przesadzamy. W wywiadzie dla echa radosmkiego mowi,. ze konie byly tylko zle pojone, ale od kweitnia maja juz swietne warunki. Rece Nam opadaja. Dlaczego kontrole byly na plus dla hodowcy, skoro od dawna rozgrywa sie tu taki dramat. Wszyscy milcza.

Szukamy domow dla koni, Zwiazek chce, aby ktos kontynuowal hodowle. Po emisji zglaszaja sie do Nas hodowcy z calej Polski. Mowimy, zeby szykowali miejsca. Nagle telefon, dzwoni jeden z hodowcow regipnu radomskiego. Nalega, aby wszystkie klacze dotacyjne trafily do niego. Odmawiamy. Nie specjalizujemy sie w hodowli koni malopolskich, ale wiemy, ze konie trzeba podzielic, aby byla gwarancja, ze ludzie sobie poradza. Dzien potem dzwoni Zwiazek. Obejmuja prowadzenie sprawy. Po tylu latach ? Niech bedzie. Niech sie wykupia. Wreszcie wezma odpowiedzialnosc. Szybko przychodzi rozczarowanie. Zwiazek przekazuje jednemu hodowcy wszystkie konie, bo sa bardzo cenne. Dodatkowo, konie ida tylko w dzierzawe. Irytacja za chwile przechodzi w spokoj - bedzie im chociaz dobrze, hodowca ma 120 ha nad Pilica. Spokoj mija kiedy Zwiazek niechetnie przyznaje, ze owszem, po zimie konie najpewniej wroca na stare szopy - do Odrzywolu. Brak Nam slow. Chcemy dzialac, ale jak ? Zwiazek zwiazal Nam rece. Mamy obietnice, ze konie do poniedzialku (czyli jutra) zostana przewiezione w nowe miejsce. Sobota, kontaktujemy sie z nowym dzierzawca koni. Konie na razie nigdzie nie pojechaly. Maja kwarantanne.. W Odrzywole! Tam zostana odrobaczone, zaszczepione. Po co, skoro teren jest skazony ? Po odrobaczeniu nalezy usunac obornik, gdyz tam siedza bakterie, robaki.. kto usunie pareset ton obornika w jeden dzien z szop u soltysa ? Nikt nawet nie zamierza. Nowy dzierzawca tlumaczy, ze konie wezmie za miesiac, a na razie je dokarmia. Codziennie. Niestety, nikt tego nie potwierdza.

Ciagle zastanawiamy sie, dlaczego wlasciciel zgodzil sie na dzierzawe, skoro wczesniej nawet za dobre pieniadze nie chcial sprzedac zadnego z koni ? Robi Nam sie slabo kiedy slyszymy powod. Wlasciciel p-rzeprowadza sie nad Pilice razem z konmi. Ponoc w miedzy czasie wszyscy inni hodowcy maja zajac sie remontem jego stajni, ten na przeciwko stacji benzynowej. Czy zakupia rowniez slome, siano i owies, nie wiadomo.

Co w takim razie wywalczylismy ? Chwilowe czyste sumienie tych, ktorzy bezczynnie patrzyli na tragedie koni Odrzywolskich. Jesli rzeczywiscie konie wyjada nad Pilice, zas hodowcy dziarsko rusza i z dobrego serca zajma sie remontami i gromadzeniem zapasow - maja Nasze pelne popracie. Przeciez o to wlasnie chodzi.

My ze swojej strony obiecujemy zas, ze mimo skromnych srodkow i mozliwosci - bedziemy kontrolowac stan koni niezaleznie od tego, gdzie sie one znajduja. W przyszlym tygodniu zamierzamy pojechac do Odrzywolu skontrolowac jak przebiega zalecona kwarantanna i czy konie w ogole szykuja sie do wyjazdu..

Tym z Panstwa ktorzy wespra Nasze dzialania dziekujemy z calego serca, gdyz do ratowania tych koni nie wystarcza Nasze dobre checi. To setki kilometrow i niezliczone litry paliwa (jednorazowy wyjazd od Nas to ok 400 w jedna strone). To setki telefonow w setki miejsc. Nie mozemy odebrac tych pieniazkow ze srodkow na utrzymanie koni, ktore mamy w stajni, bo te srodki sa na styk. To musielismy sobie obiecac zaczynajac te akcje. Dlatego prosimy, zrozumcie Nas i pamietajcie ze liczy sie kazda zlotowka. Byc moze ktos moze po prostu tam z Nami pojechac, moze ktos moze wyslac Nam karty telefoniczne, naprawde - pomocne bedzie wszystko!

Udalo Nam sie za to znalezc we Wroclawiu Kancelarie Prawnicza ktora za przyslowiowy grosz zgodzila sie poprowadzic te sprawe - trafilismy na milosnikow zwierzat! I bardzo serdecznie im za to dziekujemy.


 

Dyzio i Angela - Nowy Dom

Niestety, tak bywa ze mimo szczerych checi nie zawsze bedziemy mogli Naszym podopiecznym zapewnic maksimum komfortowych warunkow i najlepsze leczenie. Na pewno z biegiem lat bedziemy bogatsi nie tylko w doswiadczenie, ale rowniez w srodki aby moc ufundowac kazde zabiegi Naszym koniom. Tym czasem jednak postnowilismy zwrocic sie z prosba o pomoc do Przystani Ocalenie i Dominika Nawy z Tych, ktorzy dzialaja juz wiele lat i ktorzy stanowia dla Nas od jakiegos czasu ogromne oparcie.

Dyzio trafil do Nas po bardzo ciezkim ochwacie, wygladalo to tak, jakby ochwat trwal wiele miesiecy i byl leczony.. kolejnymi dawkami owsa. Kiedy po Niego jechalismy, Nasze srodki byly znikome, ale wlascielka blagala, by wziac konia, inaczej nie chcac patrzec na jego cierpienie sprzeda go do rzezni. Pojechalismy wiec. Przez parenascie tygodni walczylismy o zycie a pozniej zdrowie tego laciatego malucha. Schudl, dzieki Marcie i jej Mamie mial wlasne natryski na nogi, zdjelismy mu grzejace nozki podkowy.. i Dyzio nawet miejscami byl w stanie podgalopowac. Ale cierpial, i taka terapia mogla trwac jeszcze pol roku, moze nawet rok. Szlo to znacznie wolniej niz z poczatku przypuszczalismy.

Coraz trudniej nam bylo patrzec na laciatego, dzielnego konika, strasznego lakomczucha, ktory walczyl ze swoim kalectwem. Nie moglismy mu bardziej pomoc, wiedzielismy, ze sa byc moze zabiegi, bardzo kosztowne, ze kosztowni specjalisci tez sa.. Moglismy zorganizowac zbiorke, ale bylo to przeciwganie w czasie cierpienia konika. Postanowilismny wiec zwrocic sie z prosba o pomoc do Tych wlasnie, ktore w Naszym najtrudniejszym okresie okazaly Nam potezne wsparcie. Mimo, iz wiedzieolismy, ze u nich rowniez nie jest latwo, ze ciagle brakuje.. postanowilismy zaryzykowac i prosic, aby wzieli do siebie, swoich specjalistow. Tychy, mimo wlasnych problemow i defictow - zgodzily sie. Dyzio pojechal po lepsze zycie wlasnie do nich za co pragniemy im tu najserdeczniej podziekowac.

Wraz z Dyziem pojechala rowniez Angela. Wiedzielismy, ze Dominik ratuje starsze konie, ze u Nas Babcia Angela jest dosc osamotniona, od kiedy stracila swojego Karuska. Najpierw znalezlismy jej miejsce u zaprzyjaznionego hodowcy pod Wroclawiem, zaraz po odejsciu Dziadka Karego przywiazala sie do mlodej kobylki, ktorej nie odstepowala na krok. Kobylka zostala jednak sprzedana i Angela znow byla sama. A wiemy, ze to kon, ktory musi miec stalego przyjaciela, nie moze isc w adopcje, nie moze przywiazac sie do ktoregos z Naszych koni, bo te czekaja na adopcje, albo wyganiaja ze stada starsze i slabsze konie. Nie chcielismy, aby po raz kolejny ktos ja opuscil. Poprosilismy, aby to wlasnie Ona zajela drugie miejsce w bookmanie i pojechala do Ocalenia wraz z Dyziem. Kiedy Dominik zgodzil sie rowniez na to, byla to dla Nas najpiekniejsza wiadomosc. Wiedzielismy, ze Babcia znajdzie tam koniki w swoim wieku, swojego charakteru, ze stado nie bedzie jej eliminowac, bo nie bedzie tam wcale najslabsza. I ze tam w spokoju i godnosci dozyje swoich dni.

Mamy nadzieje, ze pewnego dnia bedziemy mogli odwdzieczyc sie Tychom, a kiedys kiedys to my bedziemy w stanie pomagac w ten sposob mniejszym organizacjom, ktore takiej pomocy beda potrzebowac. Raz jeszcze w imieniu Dyzia i Angeli, pieknie dziekujemy!

 


Makabra w Odrzywole Ciąg dalszy

Wczoraj telewizja TV3 Mazowsze wyemitowala nasza interwencje w Odrzywole w wiadomosciach.. Obejrzeć można materiał tutaj..

 

 

MAKABRA W ODRZYWOLE

Tym razem chcemy przedstawic Wam prawdziwy dramat konski. Prosbe o interwencje
otrzymalismy od Pani Elżbiety oraz Pana Piotra. "Stajnia" w Odrzywole, na
przeciwko stacji benzynowej. Nikt od dawna nie reaguje. Wlasciciel, wg relacji
swiadkow, posiada w sumie ok 50 koni.
W stajni ktora prezentujemy ponizej na zdjeciach mieszka ok 20 z nich.
Konie sa skrajnie wychudzone, padok to gnoj wymieszany z blotem, krwia i szczatkami koni. Zadnej trawy, zadnego siana, tylko suche galezie.
Za budynkami znajduje sie "cmentarzysko" koni - gora roznych kosci mowi sama za siebie (widoczna na zdjeciach).

Nasza Fundacja powiadomila juz o sprawie odpowiedni organy (inspektorat, TOZ, wojta gminy) oraz media. Najprawdopodobniej potrzebna bedzie Wasza pomoc - kazda! Obiecujemy na bieżąco informowac Was o przebiegu zdarzen oraz interwencjach.

PROSBA! Nie badzcie obojetni, rozgladajcie sie wkolo siebie. Byc moze gdyby ktos
zainteresowal sie ta stajnia wczesniej, wiele koni, ktorych dzis juz nie ma -
jeszcze mialoby szanse! Dziekujemy tu jednoczesnie Pani Elzbiecie oraz Panu Piotrowi, ktorzy nie pozostali
obojetni na krzywde koni i postanowili zajac sie tym dramatem. Moze dzieki nim uda sie je ocalic..

>>Zdjęcia z Odrzywole mozna zobaczyć po kliknieciu tutaj<<


Klacz Klara dziekuje za ocalenie!

Jeszcze tydzien temu koniowozy mijajace Nasza stajnie i padoki budzily w
Nas strach.. "A noz wlasciciel ma dosc czekania, moze ktos dal mu wiecej
niz my mozemy.. a moze.. a moze..".
Bylismy szczesliwi kiedy Klarcia skubala trawe schowana za drzewami. Nikt
jej tam nie widzial, mielismy zludna, dziecieca nadzieje, ze jest
bezpieczna.

Dzis patrzymy jak galopem wybiega na padok i tarza sie w zlotym piasku na
srodku, skubie akacje i bryka, chodzi za Kabalka, cicho rzy. Miajaj Nas
koniowozy, rozni ludzie pytaja o rozne konie.

Jestesmy spokojni.. Wiemy, ze nikt z nich nie przyjedzie juz po Klare.
Wiemy, jest Klarcia ma pewne jutro.
Nie znamy daty jej urodzin, ale poniewaz dzieki Wam 20 wrzesnia otrzymala
najwspanialszy prezent - nowe zycie - niech w spokoju 20 wrzesnia za rok
obchodzi swoje 11 urodziny..

Dziekujemy, w imieniu swoim i Klary.
Najwieksze niebezpieczenstwo minelo, jednak pozostal stamn zdrowia -Klarci
ktory wymaga kosztownego leczenia. Ponownie prosimy o pomoc, w miare
-Waszych mozliwosci. Grzybica skory - potrzebne sa preparaty na grzybice.
Kowal musi zajac sie wygnitymi strzalkami, rowniez przydadza sie wszelkie
preparaty na strzalki, m.in. masci i siarczan miedzi. Trzeba Klarci
starnikowac zeby, kupic glinki na stawy, witaminy na wzmocnienie, zrobic
przeswietlenie stawow (tylne nozki, ktore sa troche zesztywniale..).
Przyda sie glinka chodzaca na stawy, bandaze.
Moze ktos moze cos przeslac, moze macie preparaty w domu, moze mozecie
wesprzec leczenie Klarci jakims groszem - liczy sie kazda, nawet
najmniejsza pomoc! Calosciowe leczenie bedzie niestety dosc kosztowne,
choc mamy nadzieje, ze zmiesci sie w kwocie 500 zl.

Dziekujemy z gory za Wasze wsparcie i zapraszamy do odwiedzania Klary z
marchewkami!


Pomożmy Klarze!

Klarcie zadatkowaliśmy kwotą 300 zł na początku lipca. Wysoka, koścista klacz, gniada, z ogromną raną na kłebie który cały czas ropieje. Przerośniete puste kopyta z zanikającymi strzałkami. Wydawała się spokojna, kiedy stała przywiązana na łańcuchu w starej komórce na terenie gosporadstwa. Rzadko wychodziła.. ledwo mieściła się w drzwiczkach od komórki. Przewidziane były raczej na kucyka. Właściciel żądał kwoty 2500 zł, powiedział, że zaczeka. Ale do sianokosów musi mieć całość, bo jak nie to sprzeda handlarzowi, bo kasa musi być, bo.. bo.. na połowe sierpnia musielismy dopłacić jeszcze 400 zł za pasze. 300 zł udało się zebrać Naszym dzielnym wolontariuszkom w pobliskim miasteczku po domach. Nadal brakowało 1900 zł. Pierwszego września poszliśmy błagać, aby zaczekał jeszcze chwile. Jeszcze momencik. Jakoś damy rade, jakoś zbierzemy.. Ona stała, wlepiała w ściane wielkie smutne oczy i chwiała się na nogach. Właściciel mówił, że ponoć kiedyś miała niezłe papiery, ale gdzieś w drodze zagineły. Teraz ma 8 lat i po 2 latach pracy w lesie juz do niczego sie nie nadaje. Patrzymy na nogi, lekko opuchnięte. Kilka szram na głowie, wszawica. Te szramy dość świeże.

Prosimy właściciela aby pozwolił Nam zabrać klacz do siebie, aby nie ciązyła już jemu, a On na pewno do połowy miesiaca dostanie pieniązki.

Baliśmy się krązących handlarzy. Ku Naszemu zdziwieniu właściciel zgodził się, ale zaznaczył, że 20 września albo pieniązki, albo klaczke zabiera już bezpośrednio handlarz. Szlismy drogą przez las, dziewczyny prowadziły Klarcię lesnymi ścieżkami. Leciały Nam łzy - ten koń chyba nie widział traw od kilku lat. Przerażał ją wiatr, ziemia pod kopytami i własny cień. Wieczorem stanęła w osobnej stajence. Nie chciała nic jeść, ani pić. Była zbyt przerażona.

Cały nastepny dzień wypatrywała innych koni przez otwarte okienko. Czasem skubneła siano, ale bardzo niechętnie. Kiedy w końcu puścilismy ją na padok, chwile potem zobaczylismy Klarcię stojącą przy drzewie i kiwająca się. To było jej ulubione zajecie. Do kiwania dochodziło rytmiczne podnoszenie prawej tylnej nogi - i tak w transie potrafiła spędzac godziny. Musiało minąć kilka dni, aż Klarunią zainteresowała się Kabałka szwendajaca się po padoku za trawą. Do tej pory Kabała żyła raczej samotnie, była koniem dośc nieśmiałym. Stworzyły niesamowity duet - niewidoma starsza kobyłka z astmą idąca ufnie za młodą, nerwową i wychudzoną Klarą. Od tamtej pory śpią zawsze obok siebie i nie odstepują sie na krok. Chociaz Klara kołysac się będzie najpewniej do końca życia. I jej choroba sieroca uderzyła Nas znacznie bardziej niż szramy na głowie. Bo to wylaczyć najtrudniej i pewnie też boli najbardziej..

Połowa września coraz bliżej..
Nie wyobrażamy sobie, że za parenaście dni na Nasze podwórko wjedzie handlarz z przyczepą i Klara do Niej wejdzie.

Błagamy o pomoc!
Klarunia stoi u Nas, można ją odwiedzić, poklepac, dać marchewke.

Potrzebna jest kwota 1900 zł oraz fundusze na weterynarza, kucie korekcyjne.. ale teraz najważniejsze to uratowac jej życie.

Bez Was Klara nie ma szans!
Dziekujemy za każda złotówke!

Numer kontaktowy: 0 692 74 16 07




Kochani!

Pragniemy Was serdecznie przeprosić za brak aktualizacji. Nasza Fundacja po wielu miesiącach trudnej walki przeszła swoisty remanent. I udało się to przede wszystkim dzieki Waszemu wsparciu! Dziekujemy, że nie opuściliscie w najtrudniejszym dla Nas okresie.

Na ten czas wstrzymaliśmy prowadzenie większych akcji. Pochłonęło Nas w zupełności planowanie działalności tak, aby wbrew załamaniu sie -podnieść się i nadal pomagać dzieciakom.

W czasie wakacji gościlismy w Wojnowie, pod Zieloną Górą, wielu z Was. Pomagaliscie Nam od rana do wieczora, mieszkając w iście spartańskich warunkach (pokoik na drewno był tu niezastąpiony!). Dziekujemy Wam za te wakacje!

Wiemy jednak, ze należy mierzyć siły na zamiary. Dla wielu koni znaleźliśmy wspaniałe domy, w których, również pod Naszym okiem, dożyją swoich dni.

Ogromne podziekowania również dla Komitetu Pomocy z Tych (ukłon w strone Dominika i Doroty) oraz Agnieszki Zery z Fundacji Nasza Szkapa, a także tych wszystkich, którzy oferowali Nam swoje wsparcie.

W Naszej przyszłej działalności zamierzamy skupić się przede wszystkim na pomocy dzieciakom oraz młodzieży. Uratowane konie (oraz inne zwietrzeta) wspierać będą te projekty jako terapuci. Chcemy również nastawić się na adopcje znacznie bardziej niż na prowadzenie potężnego schroniska. To nie tylko zapewni koniom możliwie najlepszą, indywidualną opiekę. Da Nam również większe możliwości niesienia pomocy, a co najważniejsze pozwoli Nam uratować znacznie więcej końskich istnień.

Informujemy również z radością, iż Niema nie tylko została dzięki Wam ocalona, ale znalazła również troskliwych opiekunów. Dyzio po wielu tygodniach rehabilitacji i odpowiednio zbilansowanej diety czuje sie znacznielepiej. Zdarza mu sie nawet przygalopować kilka metrów!

Zapraszamy Was serdecznie do odwiedzenia Naszych "Koni na wakacjach" w Wojnowie koło Zielonej Góry! Koniecznie z marchweką!






.
NASZE KONIE
Viva
Ram
Narnia
Sugero
Bursztyn
Kary
Angela
Dusza
Norma

Odeszły:
Dziadek
INNE ZWIERZĘTA
...
...
...
...
NASZA STAJNIA
ADOPCJA
PROJEKTY
PRAWO





   newsletter: