YOOtheme
Czwartek, 9 Wrzesień 2010
Spotkanie po latach - Krzysiu i Kubuś. PDF Drukuj Email
Wpisany przez Cyprian   
Piątek, 23 Październik 2009 09:22

Historia przyjaźni Kuby i Krzyśka poruszyła wiele serc.

Udało się i koń wrócił tam, gdzie przeżył większość swojego życia - do Wojnowa.

Jaka była reakcja Krzyśka, zobaczcie sami..

My z całego serca dziękujemy.

 

 


 

Oto powody dla których zwróciliśmy Kubę Krzyśkowi :

Zazwyczaj prosimy Was o pomoc gdy jakiś koń cierpi.

Wykupujemy go, poddajemy rehabilitacji, staramy się zapewnić jak najlepszą opiekę. Działamy tak już prawie 4 lata. Od zera doszliśmy do ponad 100 uratowanych koni. Kiedy dziś ktoś przyjeżdża do Wojnowa, widzi piękne, zadbane konie, mnóstwo słomy i siana, dawki owsa dowoli, doskonale wyposażoną salę apteczną i piękne, ogrodzone wybiegi dla koni zacienione drzewami. Konie są okrąglutkie i zadbane, niczego im nie brakuje. Weterynarze załamują ręce - że przesadzamy, że tym koniom jest za dobrze. Pośród tych koni biega z widłami uśmiechnięty Krzysiek. Dzierżawi nam za grosze stodołę, ale przy koniach pracuje nieodpłatnie, dorabia na budowie i przy drobnych remontach.


Ale nie zawsze tak było. Kiedyś brakowało nam na wszystko - jak wiele osób zajmujących się zwierzakami w Polsce, sytuacja nas przerastała. Przeprowadziliśmy się z Wrocławia właśnie tu, do Wojnowa. Dlaczego? W wyniku zbiegu różnych znajomości i okoliczności do Wrocławia przyjechał Krzysiek - nasłuchał się opowiadań, że w zamian za pracę na rzecz fundacji otrzyma 3 tyś zł pensji, mieszkanie na miejscu i opiekę dla swoich koni. Będzie także prowadził rekreację i będzie miał z tego dodatkowy zarobek.

Kiedy przyjechał - zobaczył, że opowieści jego kolegi o tym edenie były fikcyjne. Na miejscu w pięknej stajni były same stare i chore konie. Mieszkanie było w starym warsztacie - do zrobienia, bo wtedy mieszkaniem nie było. Zamiast prowadzić rekreacje miał oporządzać konie, wyrzucać obornik i pilnować ośrodka. Nie za 3tys zł, ale za uśmiech, mieszkanie w warsztacie i wyżywienie. Dla człowieka, który całe życie prowadził szkółkę jazdy konnej, gdzie konie były od tego aby zarabiać i gdzie nigdy owsa nie brakowało - był to szok.

Jak sam dziś wspomina - nigdy nie wiedział, że takie konie i takie miejsca w ogóle istnieją. Został jednak z nami tamtej jesieni. On, jego mały łaciaty Kubuś i jego wielki kasztanowaty Belenus. Jak mówi do dziś, ten wyjazd zmienił jego życie i spojrzenie na konie. Wtedy stary i chory koń nie był dla niego nic wart - nie kiwnąłby palcem.

Przez te 3 lata to właśnie on był jednak najbardziej zagorzałym rycerzem w walce o nasze stare, chore i kalekie konie - bo zmieniły jego życie o 180 stopni. To on je reanimuje nocami, kiedy same nie są w stanie oddychać, podnosi po 20 razy na dobę, kiedy nogi odmawiają już posłuszeństwa, on je karmi i on z nimi rozmawia, a kiedy ma chwile wolnego - siada pod lipą na przeciwko padoku i patrzy. To on krzyczał na kucyka Bianco, kiedy ten miał zapaść, i walczył o jego życie. To właśnie Krzysiek walczył o życie Karego 36 letniego dziadka biegając po całym Wrocławiu za autem z hakiem, żeby podnieść staruszka - dał mu tym jeszcze pół roku życia. To Krzysiek nocami robił sanki dla dzieci ze starej zjeżdżalni - w potem robił okolicznym dzieciakom z wrocławskiego trójkąta kuligi z Kubusiem na śniegu. To Krzysiek pierwszy chwycił za kose, którą sam zrobił - i kiedy we Wrocławiu nie było na siano, nauczył nas kosić trawy i powozić Kubusiem. To Krzysia boją się wszyscy adopcyjni i handlarze - on nie patrzy nigdy na wrażenie jakie robi, patrzy wyłącznie na konia i jego zdrowie i dobro. Kiedy my staramy się być dyplomatyczni, Krzysiek zostawia dyplomacje daleko i wymaga, choćby kosztem roboty przy kolejnym, zwróconym lub odebranym koniu. To Krzysia pokochały chłopaki z OHP, których wszystkiego w stajni nauczył - potrafił być nauczycielem i kumplem przy zabawach. W końcu to Krzysiu zdjął siodła koniom, kiedy wolontariusze chcieli jeździć - w trosce o ich kręgosłupy. A przecież całe życie niewiele go to obchodziło, bo końskie kręgosłupy na niego zarabiały. Przestał nawet jeździć konno - choć kiedy przyjechał do nas, całe dnie spędzał w siodle, zajeżdżał młode konie i naprawiał znarowione. I to było wszystko, co miał.

To i małego, łaciatego Kubę.

Nieduży łaciaty konik, z którym przyjechał aż do Wrocławia. Kuba był kultowym koniem. Krzysiek kupił go 13 lat temu do rekreacji. Trudno mu się dogadywało z ludźmi - więc dogadywał się z Kubą. Jadł z nim i spał w jego boksie, kiedy było zimno a nie było na opał - nakrywali się razem kocem i tak spali w boksie. Razem pracowali w lesie, aby zarobić na chleb. A latem oprowadzali dzieciaki. Kubę znało i kochało całe Wojnowo.

Wszyscy wiedzieli, że dla Krzyska Kuba był święty - był częścią jego życia. Wszystkim, co miał. Kiedy Krzysiek miał wypadek z piłą i groziło mu trwałe kalectwo - to właśnie Kuba pomagał mu na nowo chodzić, podpierał, rżał co rano, że trzeba wstać i żyć dalej.
     
Kiedy przyjechaliśmy do Wojnowa, byliśmy finansowo wyczerpani. I finansowo, i psychicznie. Parę dni temu jeszcze kosiliśmy trawę na wałach odrzańskich, bo nie było na siano. Żebraliśmy o każdy worek owsa. Ludzie byli dobrzy, pomagali. Udostępniali łąki, piekarnie przywoziły chleb a warzywniaki marchew. Mieliśmy zamknąć fundację tamtej wiosny. Nie było perspektyw, w fundacji była jedynie Ewa i Krzysiek na stałe - reszta pomagało dorywczo. Byliśmy wszędzie zadłużeni, nikt juz nie chciał dawać paszy.

Do tego wszystkiego pojawiła się klacz - ktoś zadzwonił, błagał o pomoc. Poszliśmy piechotą 5 km - poznaliśmy Klarę. Stała na łańcuchu, w komórce, kiwała się, patrzyła w ścianę. Chuda, z poraniona szyją. Nie mieliśmy na kupno..

Siedzieliśmy tamtego dnia pod lipą. Mieliśmy dzwonić do prawnika, zamknąć wszystko. Konie oddać do zaprzyjaźnionych fundacji, a te najbardziej chore 2 zostawić u nas. Ale zaczęliśmy liczyć… ten chory, ale tamten też. Ten kaleki. Tamten stary, nie widzi. Komu my je oddamy? Przecież wzięliśmy za nie pełną odpowiedzialność. Założenie fundacji nie było kaprysem - ale przemyślaną decyzją. Mieliśmy mętlik w głowach. Krzysiek wyjął telefon. Odszedł na chwilę. Zadzwonił gdzieś. Potem poszedł gdzieś na padok, wziął Kubę na linkę i poszedł z nim do lasu.

Wrócił dopiero po zmroku. Siedział z Kubą w stajni całą noc. Rano podjechała bookmana. Wszyscy pamiętamy to jakby się wydarzyło wczoraj. Wysiadł z niej facet, dał Krzyśkowi kopertę i wziął Kubusia na linkę. Krzysiek cały się trząsł, nikt z nas nie wiedział co się dzieje… w drzwiach stajni stała gromada dzieciaków. Chyba one pierwsze zrozumiały - Krzysiek sprzedał Kubę! Zaczęły się histerie i wrzaski, płacz. W końcu one wszystkie znały Kubę od wielu lat. Kuba był zawsze, jak stała tu ta stajnia. Kuba nie był ot ukochanym koniem - był całym życiem człowieka, który nigdy nic nie miał. Krzysiek szybko zatrzasnął klapę przyczepy, dał Ewie kopertę do reki i po prostu poszedł. Nie było go dwa dni.
Powiedział tylko, że mamy kupić tę klacz na łańcuchu a za resztę mamy kupić słomę i siano.




Przez 2 lata temat Kuby pojawiał się rzadko. Od czasu do czasu tylko, kiedy widział łaciatego konia, leciały mu łzy, ale odwracał wtedy głowę. Myśleliśmy, że to minie, ale nie mijało. Każdy nowy koń w stajni nazywał się Kuba. Mówiliśmy aby wybrał sobie jakiegoś konika w adopcję - przecież miewamy piękne konie. I czasami próbował z jakimś się dogadać - był Tajfun z chorą nóżką, był znarowiony, ale piękny Mefisto. Był siwy Książę. Ale żadne z tych koni nie mógł zabić w jego sercu pamięci o Kubie. Zawsze kiedy jechała do nas niebieska przyczepa - widzieliśmy ten pełen nadziei wzrok, ze wysiądzie z niej Kuba. Ale przyczepy odjeżdżały, a Kuby nie było.

Pisaliśmy maile do ludzi którzy kupili Kubusia - nie poszedł w obce ręce. Miał swoja Kanadę pod Wrocławiem, niedaleko miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Krzysiek wiedział, że będzie miał tam cudowne życie, jakiego on nigdy nie był w stanie mu zapewnić. Piękną stajnię, opiekę weterynarza i doskonałe pasze. I nic nie będzie musiał robić.

Jakiś czas temu wysłałam do nowych opiekunów Kuby maila - że gdyby kiedykolwiek chcieli go sprzedać, odkupimy go. Ale byliśmy pewni, ze nigdy - Ci ludzie zakochali się w Kubie jeszcze we Wrocławiu. Ale Krzysiek wtedy tylko się uśmiechał - bo Kubę chciał kupić każdy, kto miał dziecko. Przez 13 lat nigdy nie był na sprzedaż, choćby na kromkę chleba mu brakowało, koń zostawał i miał wszystko. Nawet jeśli Krzysiek miał chodzić głodny, Kuba zawsze miał owies w żłobie.
Dziś w stajni jest 20 koni, które mają tu swój raj - pasza do woli, najlepsze siano specjalnie dla nich sprowadzone z daleka. Zrobiony jest nowy dach i piękne boksy. Kuba tego nie doczekał.

Dostaliśmy kilkanaście dni temu maila "Kupiliśmy Kubusia za 4500 zł. Odsprzedamy go Wam za 4000 zł. Bardzo go kochamy, i przekonuje nas tylko to, jak bardzo Krzysiek za nim tęskni. Poza tym jestem pod koniec ciąży. Odezwijcie się."

Czytam tego maila po kilkanaście razy. Moim największym marzeniem było odkupić Kubę. Marzeniem nas wszystkich. I oddać go Krzyśkowi w adopcję. Mieliśmy ogromne poczucie winy, że przez fundację, która miała pomóc finansowo stanąć mu na nogi - sprzedał swojego Przyjaciela. Gdyby nie my, nasza fundacja, Kuba byłby z nim teraz. Ale on wybrał chore konie, wybrał chudą Klarę, na którą brakowało pieniędzy. Wybrał niewidomą Kabałkę i ochwaconego Dyzia. Chudą Nadję z ropomaciczem.



 

 

 

 

Zmieniony: Środa, 13 Styczeń 2010 13:45