|
Wiele razy czytaliście na tej stronie poruszające, wspaniałe historie równie wspaniałych koni, które wygrały swoją walkę o życie. Dzięki Wam Nasze stado jest już duże i ciągle rośnie. Mamy już nawet drugą stajnię. Codziennie rano karmimy te, które cudem uciekły z objęć śmierci. Obserwujemy, jak rodzą się na nowo, jak powoli nabierają zaufania, poznajemy ich lęki i ich radości. Patrzymy, jak odpadają stare strupy z gojących się ran, jak goją sie rany, jak uczą się chodzić, jeść owies, jak uczą się nie bać. Jesteśmy świadkami, jak wystające żebra gdzieś zanikają, a opuchnięte oczy wreszcie coś widzą. I kiedy wszystko układa się tak wspaniale, dowiadujemy się, że nie zawsze i nie wszędzie cuda są mośliwe.Mała wieś w centrum Polski. Ubojnia. Pod ubojnią leży koń. Krwawi. Cały drży. Pada deszcz. Czasem koń przestaje się ruszać. Nie może się podnieść. Dzwoni do Nas młody chłopak, który wczesniej wykupił innego konia z tej ubojni. Prosi, aby poradzić co ma zrobić. Mówi, że kilka dni temu była podobna sytuacja z innym koniem. Mówi, że wezwał policje, wezwał straż miejską. Koń leżał, tak jak ten teraz. Policja przyjechała, straż przyjechała, nie byli zainteresowani pomocą - rzeźnik wyrzucił ich z terenu ubojni - zdawało się, ze całkiem chętnie wyszli. Nic nie zrobili. Koń leżał tak jeszcze jakiś czas. Następnego dnia rano już go nie było. Trawa była czysta. Nikt nic nie pamiętał.Teraz znowu pod ubojnią leży koń. Potężnych gabarytów. A jednak - nie ma siły wstać. Rzuca się, miota, rży rozpaczliwie. Rozciera trawę całym ciałem, ale nie daje to efektu. Nie udaje mu się wstać. Na całym ciele krawiące rany, opuchnięte oczy. Walczy. Resztkami sił. Wkoło znowu nie ma nikogo. Młody chłopak próbuje coś zrobić, znowu kontaktuje się z policją, dzwoni do weterynarzy, do straży miejskiej. Nikogo to nie obchodzi - przeciez to rzeźnia, koń jest tam, gdzie być powinien i zdycha, a to własnie jego przeznaczenie. Nikogo nie obchodzi, że koń odchodzi w mękach. Tym razem juz nikt nawet nie przyjeżdża. Nagle dostajemy telefon od młodego chłopaka, który koordynuje wszystko na miejscu. Mówi, że koń jakimś cudem wreszcie sie podniósł i uciekł z terenu ubojni - uciekł na jego łąkę. I teraz prowadzi go, ze łzami w oczach - na powrót w objęcia śmierci. Nic to, że koń niemalże jest niesiony. Takie jest prawo. Może gdyby rzeźnik nie zauważył zniknięcia konia, może wtedy byłby czas, żeby choć wezwac weterynarza.. ale rzeźnik, którego nie było przez cały czas, kiedy koń rozpaczliwie rżał zwijając się w trawie, nagle wyrasta spod ziemi. Idzie po konia. Koń przewraca się. Łamie płot sąsiadowi. Nie moze wstać. Rzuca się po twardym gruncie. W końcu przestaje. Opadł z sił. Ciężko oddycha. Zamyka oczy i leży. Przybiega właściciel posesji. Krzyczy, że natychmiast trzeba pokryć szkody, jakie spowodował koń. Przeciez połamał płot. Nad głową ledwo żywego konia konia rozgrywa się walka o 300 zł. Nikt nie zwraca uwagi na konia. Rzeźnik w końcu daje za wygraną. Kilkoma kopniakami probuje podnieść na wpół nieżywego ogiera. Potem bierze bata i okłada konia. Po jakims czasie koń się podnosi. Zrezygnowany, oczami błagający o koniec tych męk, idzie ulegle za rzeźnikiem do ubojni. Znowu ta trawa.. koń upada, jeszcze zanim rzeźnik dopnie łańcuch. Jakby w tych zielonych źdźbłach znajdywał ukojenie. Dostaje jeszcze kopniaka. Ale juz nie reaguje. Zamyka opuchniete oczy. Na Naszą prośbę chłopak idzie rozmawiać o cenie konia. Na początku rzeźnik w ogole nie chce dyskutować. Koń nie jest na sprzedaż. Choć na pytanie, na co jest wobec tego przeznaczony - nie potrafi odpowiedziec.W końcu rzuca - 5 zł za kilogram. Koń waży 600 kg. Daje to kwote 3000 zł. Urywają sie telefony - szukamy. Nie najstraszniejsza jest suma - najbardziej przeraża Nas brak czasu. Poznaliśmy bowiem historię konia. Ogier ma 6 lat, pracował jeszcze dzień wcześniej w polu u swojego Pana. Pracował tak przez większość życia. Jednak wczoraj dostał kolki w czasie pracy w lesie. Właściciel uznał, że po tych zaledwie kilku latach pracy nie zarobił jeszcze na siebie na tyle, aby on teraz wezwał weterynarza i zapłacił 100 lub 200 zł. Postanowił oddać go do rzeźni. W końcu mozna jeszcze ostatecznie na nim dorobić. Więc po co wydawać ? Rachunek był nader prosty. Dowiedzielismy się również, dlaczego koń leżał pod ubojnią. Otóż rzeźnik postanowił wspaniałomyślnie dać ogierowi szansę. Zaraz po tym, jak go kupił zwijającego sie z bólu wyrzucił go na trawe stwierdzając, że jeśli do rana mu samo przejdzie, sprzeda go jako zdrowego konia po normalnej cenie. A jeśli dalej będzie umierał z bólu i kolka nie minie - rano konia zabije. Oczywiście - kolka miała wyleczyć się powietrzem, bo żaden weterynarz wezwany nie został. Nam również nie pozwolono ściągnąć telefonicznie lekarza i opłacić."Sielankowego" obrazu przed ubojnią dopełniały roześmiane dzieci rzeźnika grające w siatkówkę pod tą własnia rzeźnią. Biegały koło leżącego w trawie konia, coraz uderzając go piłką. Widok umęczonego zwierzęcia nie budził w nich żadnych emocji - znieczulone pozostały obojętne na każdą nieudaczną próbę ogiera w strone powstania na nogi. Czasem rzuciły w niego jakiś kijem. Czasem zasmiały się. Potem wracały do gry. I biegały wkoło niego wesoło. Trudno skomentować taki obraz, dlatego nie zrobimy tego. Czas biegł bardzo szybko. Byliśmy w ciągłym kontakcie z młodym chłopakiem, który był na miejscu. Tutaj pieniądze się znalazły, znalazł się transport - byliśmy gotowi do drogi. Powstało jedynie pytanie - czy zdążymy. Wtedy odezwał się telefon. Była juz noc. Koń znowu uciekł. W mroku chłopak dojrzał jedynie zerwany pastuch elektryczny. Konia nie było nigdzie widać. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania. Nie wiedzialiśmy, czy jeszcze zyje. Moze kolka nie dała mu szansy, może został już zabrany do ubojni. Ale musimy być pewni. Moze gdzieś żyje, moze walczy. I czeka na pomoc. Przeszukane zostało wszystko w promieniu kilku kilometrów. Wszelkie rowy, krzaki, pobliskie lasy. Ogier zapadł się pod ziemię. Wiedzielismy, że z tak zaawansowana kolką nie ma szans, jeśli ktoś szybko mu nie pomoże. O 04:00 nad ranem uznalismy, że dalsze poszukiwania nie mają sensu - najpewniej nie zdążylismy, przecież fizycznie nie jest możliwe, aby zaszedł jeszcze dalej. Przeciez ledwo szedł.. Nikt nie zasnął, czekalismy. Może znowu wydarzy się cud. Przecież istniejemy od pół roku, a cuda zdarzały się już wiele razy. Dlaczego nie tym razem? O 07:00 telefon. Krótka, wyrywkowa informacja - koń sie znalazł. W nocy uciekł, zaszedł 5 km.. pod stary młyn. Tam upadł. I już nie wstał. Czekał. Znaleziony został przez grupę młodych ludzi, którzy wyszli w środku nocy z dyskoteki. Jeszcze żył, jeszcze się nie poddał. Toczył swoją beznadziejną walkę nie wiedząc, że nie da ona zupełnie nic. Ludzie Ci skontaktowali się z weterynarzem, którzy po dojeździe stwierdził zaawansowaną kolkę i skierował konia.. do tej samej rzeźni, z której koń przez całą noc uciekał. Nie wiedzieliśmy o tym, ale rano, kiedy czekaliśmy na informacje, gotowi do wyjazdu - Gniadego ogiera już nie było. Jego walka okazała się próżna, jego ucieczka nie dała mu żadnej szansy. Za jego umęczenie nie spotkała go żadna nagroda - jedynie smierć, od której tak bardzo chciał uciec. Los zakipł z niego tak okrutnie..Kiedy teraz myslimy, jak bardzo walczył, jak bardzo chciał zyć, ile siły miał, aby w stanie zaawansowanej kolki uciekać.. tyle kilometrów - pozostaje w Nas ogromna złość. Nie zawsze pomogą pieniądze, dobra organizacja czy grono wspaniałych ludzi, którzy zawsze pomogą. Czasem trzeba mieć jeszcze szczęście. Gniademu tego szczęścia zabrakło. Opisujemy jego historię, aby oddać pewnego rodzaju hołd jego niestrudzonej całonocnej walce o własne życie. Chociaż nie wygrał tej walki, chociaż nigdy nie skosztuje już zielonej trawy i nigdy nie bryknie, chociaż nie stanął w Naszym boksie, nie zarżał - na pewno pozostawił ogromną ranę w Naszych sercach. Choć zdajemy sobie sprawę, każdego dnia, z tego, jak okrutny potrafi być człowiek - historia Gniadego poruszyła Nas do tej pory najmocniej.Całą dramatyczną historię znamy z relacji młodego chłopaka - nie byliśmy jej bezpośrednim świadkiem.
Niemniej obrazuje to sytuację, w jakiej znajdują się w Polsce konie.
|